Uzdrawianie – sztuka czy nauka, magia czy przejaw ducha?

autorka: lek. Marlena Rojecka, zdjęcie: Klinika w Arlesheim, Roland Zumbuehl

Jeżeli chcesz poznać swą własną istotę,

Staraj się poznać świat.

Jeżeli chcesz naprawdę zrozumieć świat,

Patrz w głębiny własnej duszy.[1]

            Kiedy skierujemy wzrok do tyłu, spoglądając z punktu widzenia wiedzy historycznej na etapy rozwoju człowieka, będziemy obok nurtów związanych z rozwojem kultury materialnej, historią wojen, rozwojem sztuk pięknych i innych aspektów, mogli dostrzec zmieniające się tendencje chorobowe i podążające w ślad za tym nieustające próby znalezienia skutecznych terapii.

            Jeżeli przyglądamy się na zmianom w sztuce leczenia, zauważamy, że zachodziły one ze zmienną dynamiką na przestrzeni tysiącleci.

            Żyjemy obecnie w czasach dużego i szybkiego rozkwitu medycyny akademickiej, zakorzenionej w sferze intelektualnej człowieka. To, co było możliwe do zbadania przy użyciu dostępnych metod tzw. naukowych, a zatem za pośrednictwem analizy chemicznej, obserwacji z wykorzystaniem różnych technik mikroskopowania, oglądu za pośrednictwem użycia zjawisk fizycznych jak obrazy radiologiczne wraz z ukoronowaniem tej metody w postaci tomografii komputerowej, ultrasonografię w jej wielu odsłonach, rezonans magnetyczny i wielu innych, zostało zbadane. Struktura człowieka począwszy od budowy anatomicznej, poprzez strukturę tkanek, komórek, organelli komórkowych wraz z zachodzącymi tam procesami biochemicznymi, jest teoretycznie znana. Znane są substancje lecznicze, przy pomocy których możemy na te procesy wpływać. Rzadziej pochodzą one z natury, częściej są efektem syntezy chemicznej, w której człowiek usiłuje przejawiać swój intelekt naśladując i „poprawiając” naturę. W dziedzinie szeroko rozumianej medycyny i terapii dokonano bez wątpienia ogromnego postępu technologicznego. Czy jednak suma postępu w dziedzinie metod diagnostycznych, technik operacyjnych oraz farmakologii przekłada się wprost na postęp w sztuce leczenia?

            W tym ostatnim pytaniu zawarłam jednocześnie pewien ładunek emocjonalny w stosunku do dwóch pojęć, które pojawiły się w tytule, zarazem inicjując odpowiedź na postawione pytanie.

            Czy zatem można uznać medycynę za naukę? Czy opisując życie na poziomie molekularnym jesteśmy w stanie je zrozumieć i poznać? Czy możemy w ten sposób zrozumieć człowieka z jego życiem, światem przeżyć wewnętrznych i poczuciem „ja”?

            Pytanie, a właściwie pytania, są z gatunku retorycznych. Przy najwnikliwszym zbadaniu materii nie jesteśmy w stanie powiedzieć nic o powodach, dla których, np. w wyniku doznanego szoku emocjonalnego lub negatywnego wpływu warunków otoczenia – zaczyna chorować ciało człowieka. Wiemy, że taka możliwość istnieje. Wiemy, że jeden człowiek w podobnej sytuacji, np. po wyziębieniu organizmu, zachoruje lekko, inny będzie długo dochodził do siebie po ciężkim zapaleniu płuc, a inny, po ogrzaniu, nie zauważy jakichkolwiek zmian samopoczucia. W medycynie współczesnej pojęcie chorób psychosomatycznych ma ugruntowaną pozycję. Nikt jednak nie pokusi się o przełożenie emocji na grunt pojęć dotyczących materii. Brak umiejętności zrozumienia i opisania zetknięcia się świata materialnego i niematerialnego. Sfera duszy, czyli wewnętrzny świat odczuć i doznań, jest dla obserwatora z zewnątrz niepoznawalny. Można się do niego zbliżać, można go doświadczyć, ale nie można weń wniknąć. Wewnętrzny świat odczuć drugiego człowieka jest rzeczywistością, ale poznać go możemy o tyle o ile odciśnie się w otaczającym świecie naszych przeżyć, lub w odniesieniu do świata roślin, wpukli się w głąb kwiatowego kielicha[2].

            Człowiek zatem współbrzmi z kosmosem jako istota obdarzona ciałem, życiem, duszą i duchem, a jakiekolwiek zachwianie równowagi pomiędzy członami jego istoty ma swoje odzwierciedlenie w niedomaganiu lub chorobie. Zaburzenie owego współbrzmienia jest zgrzytem w harmonijnym utworze muzycznym, leczenie jest natomiast procesem przywracania utraconej harmonii. Energia dźwięku tylko w pewnym aspekcie zagęszcza się do materii i na tej płaszczyźnie poddaje się wpływowi substancji, np. substancji leczniczych, ale także brutalnemu oddziaływaniu skalpela w trakcie zabiegu usunięcia chorej tkanki. Byłoby jednak wyrazem ślepoty duszy i ducha, gdybyśmy wyłącznie w obszarze materii szukali człowieka, istoty choroby i procesów uzdrawiania. Jeżeli jednak chcemy iść drogą przywracania równowagi, to usiłując zagrać piękną melodię, niewątpliwie użytecznym, a wręcz niezbędnym jest poznanie zasady budowy fortepianu, ale jest to dopiero warunek wstępny do tego, aby stać się artystą.

            W tytułowym pytaniu przeciwstawiłam sobie dwa pojęcia: magię i duchowość.

Skoro wkraczamy w to, co niewidzialne, pytanie o to czy wstępujemy tym samym na drogę magii jest uzasadnione. Tego rodzaju pytanie pojawi się prędzej czy później. Słowo magia ma bowiem najczęściej w duszy współczesnego człowieka zabarwienie pejoratywne. Oczywiście bardziej świadomi czytelnicy nawiążą do magii białej i czarnej, tylko w tej ostatniej widząc zagrożenie. Wydaje się, że większość zarzutów i obaw w stosunku do medycyn pozaakademickich wywodzi się z niechęci do wpływu na płaszczyznach, których lekarze i chorzy nie znają, nie postrzegają, a których się lękają.

            Magia jest jednak działaniem świadomym, dokonującym się na płaszczyznach niematerialnych, poza przestrzenią trójwymiarową, mającym na celu osiągnięcie panowania nad otaczająca rzeczywistością. Magia może posiłkować się rekwizytami, gestami, słowem. Może mieć aspekty jednoznacznie negatywne, jak sprowadzenie choroby, śmierci, nieszczęść, prześladowanie, lub aspekty w pewnej mierze pozytywne jak uzdrawianie, czy też wzbudzenie miłości. Już ten ostatni przykład wywołuje uczucia ambiwalentne. Osoba zakochana przyjmie z radością zainteresowanie pożądanego partnera. Ten sam partner, o ile nie pokochał świadomie, włączając w ten akt świadomą decyzję swojego ja, będzie niewolnikiem wywołanych emocji. Mamy tu przykład działania negatywnego, mimo pozornego początkowego braku niezadowolonych z obrotu spraw.

            O ile jednak przed ofiarą Chrystusa i przemianą Ziemi poprzez misterium Golgoty magiczne działania uzdrawiające były w jakiś sposób uzasadnione, o tyle po tym przełomowym w dziejach ziemi, wydarzeniu, coraz bardziej oczywistym się staje, że człowiek przeniknięty duchem ma prawo podjąć próbę uzdrawiania drugiego człowieka przenikniętego duchem wyłącznie w przypadku świadomej akceptacji tego procesu, ze strony tego ostatniego. W procesie tym spotykają się dwie jaźnie.

            Lekarz lub terapeuta winien zatem działać świadomie, natomiast chory musi być tych działań świadomy i je zaakceptować.

Oczywiście zasada ta nie znajduje zastosowania w przypadku chorych nieprzytomnych, przytomnych ale nieświadomych lub dzieci, gdy ciężar decyzji o podjętych krokach bierze na siebie rodzina lub sam terapeuta.

Gdy zgłasza się do mnie rodzina z prośbą o leczenie ciężko chorego, bez jego świadomej decyzji, zwykle mam pewność, co do bezskuteczności takich działań. Nawet podjęta próba leczenia, o ile ją czynię przez współczucie dla proszącego, nie przynosi rezultatu. Nie ma, zatem gorszej krzywdy uczynionej choremu, niż pozostawienie go w nieświadomości choroby. Pozbawiamy go wtedy szansy na podjęcie świadomej decyzji o wyzdrowieniu lub leczeniu.

Jeżeli zatem zaczynamy współpracować z człowiekiem na jego drodze do wyzdrowienia, nie stosujemy magii. Stosujemy środki lecznicze i terapie, które mają wzmocnić ducha w chorym i ponownie zharmonizować jego istotę. Ale jest to zawsze taniec w parze, gdzie terapeuta z chorym muszą znaleźć wspólny rytm. Prowadzi terapeuta.

Zadaniem prowadzącego terapię jest zawsze wzmocnienie samoświadomości chorego, nauczenie go spojrzenia obiektywnego na samego siebie i ugruntowania w nim własnego ja. Chory często broni się przed takim nałożonym nań zadaniem. Jeżeli chory odchodzi do innego lekarza, który w większym komforcie stawia jego duszę, np. poprzez „gwarancję” wyleczenia, trzeba taką decyzje uszanować.

W tańcu, w którym, jak nadmieniłam wcześniej, terapeuta prowadzi, musi przekazać choremu informację, jakim krokiem będą się poruszać. Jeżeli zatem terapeuta uważa, że najsłuszniejszym wariantem postępowania będzie w określonej sytuacji zastosowanie hipnozy, a więc rodzaj działania, który pozostawi chorego przejściowo w stanie ograniczonej świadomości, musi uzgodnić to z chorym i uzyskać jednoznaczną akceptację dla tego typu terapii. Działanie na podświadomość nie jest, wbrew pozorom, działaniem nieświadomym, o ile zostało poprzedzone świadomą decyzją.

Poszerzona wiedzą duchową sztuka leczenia nie odwołuje się do procesów magicznego sterowania. Uzdrawianie i leczenie jest bez wątpienia sztuką, ale musi się ona wspierać na fundamencie nauki i wiedzy. Tych ostatnich nie należy jednak wyłącznie utożsamiać z nauką i wiedzą akademicką.


[1] R. Steiner, O naukach antropozofii. Listy do członków; list z 30 marca 1924. [Informator TAWP, Lato 2006, nr 56, str47]

[2] Roślina nie posiada własnej, indywidualnej przestrzeni duszy. Roślina posiada swoją duszę na zewnątrz, wspólną dla wszystkich roślin danego gatunku. Momentem, w którym świat duszny zbliża się i nieomal łączy się z rośliną, jest moment tworzenia kwiatu. Wówczas barwa, woń kwiatu i jego niezwykły urok oddziaływają poprzez własną, na moment zageszczoną astralność, na duszę człowieka.

close

NEWSLETTER

ZAPISZ SIĘ I OTRZYMUJ COTYGODNIOWY NEWSLETTER O NOWOŚCIACH NA STRONIE ANTROPOZOFIA.NET

Nie spamujemy! Przeczytaj naszą politykę prywatności.

Możesz również polubić…

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x