Wykład VIII: Zazdrość Bogów i zazdrość ludzi – spalenie świątyni Artemidy i spalenie Goetheanum

Historia świata w świetle antropozofii i jako fundament ludzkiego ducha (Die Weltgeschichte in Anthroposophischer Beleuchtung und als Grundlage der Erkenntnis des Menschengeistes), Rudolf Steiner (GA 233), Intermediarius: B.S.

WYKŁAD VIII, 31 grudnia 1923 r.

Zazdrość bogów i zazdrość ludzi – spalenie świątyni Artemidy i spalenie Goetheanum

Tekst roboczy

Stoimy dziś pod znakiem bolesnej pamięci i w znak tej bolesnej pamięci chcę wpisać to, co mamy wziąć za temat naszego dzisiejszego wykładu. Wykład, który mogłem wygłosić dokładnie rok temu w naszym starym Goetheanum, – ci z was, którzy byli obecni, pamiętają, jak zaczynał się on od opisów natury, relacji, które można zaobserwować w naturze na ziemi, i prowadził od nich do światów duchowych i objawień światów duchowych w piśmie gwiazd. Pamiętacie jak udało nam się wtedy doprowadzić ludzkie serce, ludzką duszę i ducha w ich całej naturze i istocie do bliskiego związku z tym, co można znaleźć, gdy podąża się ścieżką, która prowadzi z dala od tego, co ziemskie, w odległe przestrzenie gwiezdne, gdzie to, co duchowe, pisze swoje kosmiczne pismo. I słowa, które wtedy napisałem na tablicy, pisząc po raz ostatni w pokoju, który wkrótce miał zostać nam odebrany, nosiły w sobie ten impuls i ten cel: wznieść ludzką duszę na duchowe wyżyny.

Tak więc tego wieczoru znaleźliśmy się w bezpośrednim i bliskim kontakcie z tym, czemu nasze Goetheanum w całej swej intencji i charakterze było poświęcone. I dziś pozwolicie mi państwo mówić o tych sprawach ponownie, niejako w kontynuacji wykładu, który został tu wygłoszony rok temu.

W dniach poprzedzających spalenie Efezu, kiedy ludzie mówili o Misteriach, pod warunkiem, że byli to ludzie, którzy mieli jakieś zrozumienie i uczucie do nich, mówili o nich w następujący sposób: Ludzka wiedza, ludzka mądrość ma swój dom i mieszkanie w Misteriach. I kiedy w tych dawnych czasach duchowi przewodnicy wszechświata mówili o Misteriach, kiedy mówiono o Misteriach w światach ponadzmysłowych – pozwolę sobie na to wyrażenie, choć oczywiście jest to tylko figura mowy, aby opisać, jak myśl i wpływy spływały z ponadzmysłowych do zmysłowych światów – kiedy zatem mówiono o Misteriach w światach ponadzmysłowych, wtedy mówiono o nich w następujący sposób: „W Misteriach ludzie wznoszą miejsca, gdzie my, bogowie, możemy znaleźć ludzi, którzy składają ofiary i którzy rozumieją nas w ofierze.”

W rzeczywistości bowiem ludzie starego świata, ludzie starego świata, którzy wiedzieli, byli świadomi, że w miejscach Misteriów bogowie spotykają się z ludźmi; wiedzieli, jak wszystko, co niesie i podtrzymuje świat, zależy od tego, co dzieje się między bogami i ludźmi w świętych Misteriach.

Jest jednak słowo, które dotarło do nas w historii i które może przemówić z mocą do ludzkiego serca nawet w zewnętrznej tradycji historycznej, ale które przemawia ze szczególną siłą i żarliwością, gdy widzimy, jak kształtuje się w dziwnych i niezrównanych wydarzeniach, gdy widzimy, jak zapisuje się wiecznymi literami w historii ludzkości, choć pismo to jest widoczne tylko przez chwilę w duchu. Oświadczam wam, że gdziekolwiek oko ducha zwrócone jest na czyn Herostratesa, na spalenie Efezu, tam w tych płomieniach ognia można odczytać starożytne słowo: Zazdrość bogów.

Spośród wielu i różnorodnych słów, które dotarły do nas z dawnych czasów, i które były używane w życiu dawnych czasów w sposób, który opisałem, – spośród wszystkich słów w tym fizycznym świecie, to słowo jest, szczerze wierzę, jednym z najstraszniejszych: zazdrość bogów. W tamtych czasach termin Bóg był stosowany do wszystkich istot o nadzmysłowej naturze, do każdej formy istoty, która nie musiała pojawiać się na ziemi w ciele fizycznym. Rozróżniano wiele i różnorodnych rodzajów bogów. Bosko-duchowe Istoty, które są najściślej związane z ludzkością, od których człowiek w swej najskrytszej naturze pochodzi i przez które został wypuszczony w strumień czasu, te same istoty, które rozpoznajemy w majestacie natury i w jej najmniejszych przejawach, i które odkrywamy również w tym, co żyje w naszym wnętrzu – te bosko-duchowe istoty nigdy nie mogą być zazdrosne. Niemniej jednak w tych starożytnych czasach „zazdrość bogów” była czymś bardzo realnym dla człowieka. Jeśli przestudiujemy okres rozwoju ludzkości, który doprowadził do czasów Efezu, zauważymy, że bardziej zaawansowani członkowie rasy ludzkiej otrzymali do swego istnienia wiele z tego, co dobrzy bogowie przekazali im w Misteriach. Prawdą jest bowiem, że między dobrymi sercami ludzkimi a dobrymi bogami istnieje intymny związek, który w misteriach zacieśniał się coraz bardziej. I tak doszło do tego, że pewne inne boskie istoty, lucyferyczno – arymaniczne boskie istoty zostały uświadomione, że człowiek jest coraz bardziej zbliża się do dobrych bogów. I powstała zazdrość bogów, zazdrość o człowieka. Wciąż na nowo w historii ludzkości słyszymy, jak człowiek, który dąży za duchem, pada ofiarą tragicznego losu. W dawnych czasach mówiło się o tym, że przyczyną takiego wydarzenia jest zazdrość bogów.

Grecy dobrze wiedzieli, że ta zazdrość bogów istnieje; wywodzili od niej wiele z tego, co działo się w historii człowieka. Wraz z spaleniem Efezu stało się jasne, że dalsza ewolucja duchowa jest możliwa tylko wtedy, gdy ludzie staną się świadomi, że istnieją bogowie – to znaczy istoty ponadzmysłowe – które są zazdrosne o dalszy postęp człowieka.

To właśnie to nadaje szczególny koloryt całej historii, która nastąpiła po spaleniu Efezu,  lub mogę również powiedzieć, narodzinach Aleksandra. Jest to niezbędne dla właściwego zrozumienia Tajemnicy Golgoty. Musimy zobaczyć świat przepełniony zazdrością przez  pewne rodzaje bogów. Od czasu, który nastąpił wkrótce po wojnie perskiej, atmosfera duszy na świecie była wypełniona skutkami tej zazdrości bogów. To, co trzeba było zrobić w czasach macedońskich, musiało być zrobione z pełną świadomością, że zazdrość bogów przenika duchową atmosferę nad powierzchnią ziemi. Ale dokonano tego z odwagą i śmiałością, pomimo niezrozumienia ze strony bogów i ludzi.

W tej atmosferze, przepełnionej zazdrością bogów, zatopił się czyn Tego, który był zdolny do największej miłości, jaka może istnieć na świecie. Tajemnicę Golgoty widzimy w prawdziwym świetle dopiero wtedy, gdy do wszystkiego, czego się o niej dowiedzieliśmy, dodamy ten obraz: ciemny pas chmur, który w dawnych czasach wisiał nad Grecją, Macedonią, Azją Mniejszą, północną Afryką i południową Europą, ciemny obłok, który jest wyrazem zazdrości bogów. A potem w tej atmosferze wypełnionej chmurami widzimy ciepłe i łagodne promienie miłości, która wlewa się przez Tajemnicę Golgoty.

Kiedy jednak dochodzimy do naszych czasów, to, co we wcześniejszych epokach było – jeśli mogę tak to ująć – sprawą między bogami a ludźmi, w tej epoce ludzkiej wolności musi się rozgrywać na dole, w fizycznym życiu ludzi. Możemy już opisać, jak to się rozgrywa. W dawnych czasach, kiedy ludzie myśleli o Misteriach, mówili o nich w tym sensie: W Misteriach, mówili, ludzka wiedza, ludzka mądrość ma swój dom. A gdy o Misteriach mówiono wśród bogów, mówiono: Gdy zstępujemy w tajemnice, znajdujemy ofiarę dokonaną przez człowieka, a w ofiarującym człowieku jesteśmy zrozumiani. Spalenie Efezu wyznacza początek epoki, w której nastąpił stopniowy i całkowity zanik Misteriów w ich starożytnej formie.

Mówiłem wam, że Misteria były kontynuowane tu i tam – w sposób wzniosły, na przykład w Misteriach Hibernii, gdzie Tajemnica Golgoty była odprawiana w rytuale w czasie, gdy fizycznie odbywała się w Palestynie. Ludzie mieli o niej wiedzę nie poprzez fizyczne, lecz duchowe środki komunikacji. Pomimo tych pozostałości, prawdziwa istota Misteriów coraz bardziej wycofywała się w świat fizyczny. Zewnętrzne ośrodki, które były miejscami spotkań bogów i ludzi, traciły coraz bardziej na znaczeniu. W XIII i XIV wieku prawie całkowicie zanikły. Kto bowiem chciałby znaleźć drogę, na przykład, do Świętego Graala, musi umieć chodzić duchowymi ścieżkami. W dawnych czasach, przed spaleniem Efezu, człowiek kroczył ścieżkami fizycznymi. W średniowieczu musi chodzić po ścieżkach duchowych.

Od XIII, XIV i przede wszystkim XV wieku ścieżki duchowe były niezbędne, jeśli ktoś chciał otrzymać prawdziwe nauki Różokrzyżowców. Świątynie Różokrzyżowców były bowiem ukryte przed zewnętrznym, fizycznym doświadczeniem. Wielu prawdziwych Różokrzyżowców odwiedzało te świątynie, to prawda, ale żadne zewnętrzne, fizyczne oko człowieka nie mogło ich znaleźć. Tym nie mniej byli uczniowie, którzy przychodzili do tych starych Różokrzyżowców; w rozproszonych miejscach prawdziwi Różokrzyżowcy rzeczywiście mogli być znalezieni. Byli oni jak pustelnicy mądrości i poświęconego ludzkiego działania. I każdy człowiek, który był w stanie dostrzec język bogów w łagodnym blasku ich oczu, znalazłby ich takimi. Nie mówię tu o zwykłych obrazach. Odnoszę się do rzeczywistości, i to rzeczywistości, która miała kardynalne znaczenie dla tamtych czasów. Aby znaleźć różokrzyżowego mistrza, uczeń musiał najpierw osiągnąć zdolność postrzegania języka niebios w łagodnym świetle fizycznego oka. Wtedy można było znaleźć tu i ówdzie w środkowej Europie, w XIV i XV wieku, tych niezwykłych ludzi, żyjących w najbardziej prosty i bezpretensjonalny sposób – ludzi natchnionych przez Boga, połączonych w swoim życiu wewnętrznym z duchowymi świątyniami, które rzeczywiście istniały, choć dostęp do nich był nie mniej trudny niż dostęp do Świętego Graala, opisanego w znanej legendzie.

Obserwując w duchu, co działo się między takim różokrzyżowym mistrzem a jego uczniem, możemy usłyszeć niejedną rozmowę, w której raz jeszcze pokazane jest – choć w formie należącej do bardziej nowoczesnej epoki – jak mądrość bogów żyje i porusza się na ziemi. Instrukcje tych mistrzów były bowiem zasadniczo obiektywne i konkretne. Uczeń, który nie szczędził trudu, by go odszukać, odnalazł w swojej samotności mistrza różokrzyżowców. Wpatrując się w łagodne oczy mistrza, z których przemawiał język bogów, uczeń otrzymywał z całą pokorą instrukcję, która wyglądała następująco:

Spójrz, mój synu, na swoją własną istotę! Nosicie w sobie ciało, które widzą wasze fizyczne oczy. Środek ziemi zaopatruje to ciało w siły, które czynią je widzialnym. To jest wasze ciało fizyczne.

Lecz spójrzcie wokół siebie na wasze środowisko na ziemi. Patrzcie na kamienie! Mogą one istnieć na ziemi same w sobie, są tu u siebie. I jeśli kiedyś przybrały pewną formę, mogą ją zachować dzięki ziemskim siłom. Spójrzcie na kryształ, nosi on w sobie swoją formę. Ziemia pozwala mu zachować formę, która należy do jego własnej istoty. Wasze ciało fizyczne nie może tego zrobić. Gdy wasza dusza je opuszcza, zostaje ono zniszczone, rozpuszczone w prochu. Ziemia nie ma władzy nad waszym ciałem fizycznym. Ma ona moc formowania i utrzymywania przezroczystych kryształowych gór z ich cudowną konfiguracją, lecz ziemia nie ma mocy utrzymywania formy waszego ciała fizycznego, musi je rozpuścić w prochu. Wasze ciało fizyczne nie jest z ziemi, jest ono z wysokiej duchowości. Do Serafinów, Cherubinów i Tronów należy forma i postać waszego ciała fizycznego. Nie do ziemi, lecz do najwyższych duchowych mocy, które są dostępne ludziom, należy to wasze ciało fizyczne. Ziemia może je zniszczyć, lecz nigdy nie może go zbudować.

A teraz wewnątrz tego ciała fizycznego mieszka ciało eteryczne. Nadejdzie dzień, gdy wasze ciało fizyczne zostanie odebrane przez ziemię w celu jego zniszczenia. Wtedy wasze ciało eteryczne rozpłynie się w szerokiej przestrzeni kosmosu. Odległe przestrzenie kosmosu rzeczywiście mogą się rozpuścić, lecz one również nie mogą zbudować waszego ciała eterycznego. Zbudować je mogą tylko boskie duchowe istoty – istoty z hierarchii Dynamis, Exusiai i Kiriotetas. Im zawdzięczacie swoje ciało eteryczne.

Z waszym ciałem fizycznym jednoczycie fizyczne substancje ziemi. Ale to, co jest w was, przekształca te substancje w coś zupełnie innego niż to wszystko, co jest fizycznie obecne w środowisku ciała fizycznego. Wasze ciało eteryczne wprowadza w ruch wszystko to, co jest w was płynne, wszystko to, co jest w was wodą. Soki i płyny w swoim obiegu znajdują się pod wpływem waszego ciała fizycznego. Patrzcie na waszą krew! To Exusiai, Dynamis i Kiriotetes powodują, że krew krąży jako płyn w waszych żyłach. Tylko jako ciało fizyczne jesteś człowiekiem; w ciele eterycznym jesteś jeszcze zwierzęciem, choć zwierzęciem, które jest inspirowane przez drugą Hierarchię.

To, co tutaj zebrałem w kilku słowach, było treścią długiego nauczania udzielonego przez tego mistrza, w którego łagodnym świetle uczeń dostrzegał język nieba. Następnie jego uwaga została zwrócona na trzeci człon istoty ludzkiej, który nazywamy ciałem astralnym. I stało się dla niego jasne, że to ciało astralne zawiera impuls do oddychania – do wszystkiego, co jest powietrzne w ludzkim organizmie, do wszystkiego, co pulsuje jako powietrze w tym naszym ciele. Prawdą jest, że jeszcze przez długi czas po przejściu człowieka przez bramę śmierci, ziemska natura stara się niejako zakłócić element powietrzny, do tego stopnia, że jasnowidzenie może przez wiele lat obserwować w zjawiskach atmosferycznych Ziemi szumy ciał astralnych zmarłych. Jednak ziemia ze swoją sferą otaczającą nie może zrobić nic innego w stosunku do impulsów ciała astralnego, jak tylko je rozpuścić. Te bowiem znowu mogą być stworzone tylko przez istoty trzeciej Hierarchii – Archajów, Archaniołów i Aniołów.

Wtedy Mistrz powiedział, a jego słowa uderzyły głęboko w serce jego ucznia: W twoim ciele fizycznym, o ile przyjmujesz w siebie królestwo mineralne i przekształcasz je, należysz do Serafinów, Cherubinów i Tronów. O tyle, o ile jesteś ciałem eterycznym, jesteś jak zwierzę. Tutaj jednak należysz do Duchów, które określiliśmy jako te z drugiej Hierarchii – Kiriotetes, Exusiai, Dynamis. Ponieważ żyjesz i poruszasz się w płynnym elemencie, nie należysz do ziemi, lecz do tej Hierarchii. A ponieważ żyjecie i poruszacie się w elemencie powietrznym, nie należycie do ziemi, lecz do Hierarchii Archai, Archangeloi i Angeloi.

Kiedy uczeń otrzymał tę naukę w wystarczającej mierze, nie czuł już, że należy do ziemi. Odczuwał siły płynące z jego ciała fizycznego, eterycznego i astralnego, które łączyły go z Hierarchiami. Czuł, jak poprzez świat mineralny jest połączony z pierwszą Hierarchią, poprzez wodę ziemską z drugą Hierarchią, a poprzez atmosferę z trzecią Hierarchią. I stało się dla niego jasne, że jest mieszkańcem ziemi tylko i wyłącznie z powodu elementu ciepła, który nosi w sobie. W ten sposób uczeń różokrzyżowy doszedł do przekonania, że ciepło, fizyczne ciepło, które ma w sobie, jest tym, co czyni go „człowiekiem na ziemi”. I coraz bardziej uczył się odczuwać, jak blisko ciepło duszy i ciepło ducha są związane z ciepłem fizycznym.

Człowiek późniejszych czasów stopniowo tracił wszelką wiedzę o tym, jak jego fizyczna, eteryczna i astralna zawartość jest połączona – poprzez ciało stałe, płyn i powietrze – z Boskością. Uczeń różokrzyżowca jednak dobrze o tym wiedział; że tym, co czyni go ziemskim, nie są wcale te elementy, lecz element ciepła.

W momencie, gdy uczeń nauczyciela różokrzyżowca dostrzegł ten sekret połączenia elementu ciepła z jego życiem na ziemi jako ziemskiego człowieka, w tym momencie wiedział, jak połączyć to, co ludzkie w nim z tym, co duchowe.

Uczniowie, którzy przychodzili do tych często skromnych miejsc, gdzie mieszkali mistrzowie różokrzyżowców, byli przygotowywani w sposób, który często nie był przez nich pożądany, a który w ich oczach wydawał się wręcz cudowny. Przychodziło do nich przeczucie, do jednych w jeden sposób, do drugich w inny; często na pozór był to zwykły przypadek. Przekazywane im były wskazówki: Musisz poszukać miejsca, gdzie będziesz mógł połączyć swoją duchową naturę z duchową naturą kosmosu. I po tym jak uczeń otrzymał instrukcję, o której wam mówiłem, wtedy, tak wtedy, mógł powiedzieć do mistrza: Odchodzę od ciebie z największą pociechą, jaka kiedykolwiek mogła być dla mnie na ziemi. Ponieważ w tym, że pokazałeś mi, jak ziemski człowiek ma swój własny właściwy element w cieple, otworzyłeś mi możliwość połączenia mojej fizycznej natury z duszą i duchem. Twarde kości, płynąca krew, powietrzny oddech, – do żadnego z nich nie wnoszę mojej natury duszy, lecz tylko do żywiołu ciepła.

W tych dniach uczniowie odchodzili od swoich mistrzów z nieskończonym spokojem i odpoczynkiem. W ich obliczu było wyrażone wielkie pocieszenie, jakie otrzymali, a z tego spojrzenia pokoju stopniowo rozwinęło się to łagodne i delikatne spojrzenie, którym może przemówić język nieba. W ten sposób w owych dawnych czasach i w pierwszej trzeciej części piętnastego stulecia, w tych skromnych i ustronnych kryjówkach udzielane są głębokie nauki dla duszy. Jest ono rzeczywiście nieznane w porównaniu z wydarzeniami, o których mówi historia zewnętrzna. Było to jednak nauczanie, które objęło dogłębnie całą istotę ludzką, nauczanie, które umożliwiło duszy ludzkiej połączenie własnej natury ze sferą kosmiczno-duchową.

Cała ta duchowa atmosfera zniknęła w ciągu późniejszych wieków. Nie ma jej już w naszej cywilizacji. Zewnętrzna, oderwana od Boga cywilizacja rozprzestrzeniła się po krajach, w których kiedyś istniała taka cywilizacja, jaką właśnie wam opisałem. Stoimy tu dzisiaj, nosząc w sobie pamięć wielu scen podobnych do tej, którą opisałem, chociaż pamięć ta może być stworzona tylko w duchu, w świetle astralnym. I kiedy patrzymy wstecz na dawne czasy, które tak często są nam przedstawiane jako czasy ciemności, a następnie kierujemy nasz wzrok na nasze własne czasy, w naszych sercach rodzi się głęboka tęsknota. Z duchowych objawień, które były dostępne dla człowieka od ostatniej jednej trzeciej XIX wieku, rodzi się tęsknota, aby ponownie przemówić do ludzi w sposób duchowy. Ale aby to uczynić, nie wystarczy przemawiać abstrakcyjnymi słowami; przemawianie w duchu wymaga posługiwania się wielorakimi znakami i symbolami; nasza mowa musi być szeroka i wszechstronna. Taki język, moi drodzy przyjaciele, taka forma mowy, jaką należało znaleźć dla istot duchowych, które muszą przemawiać do współczesnej ludzkości, została nam dana w formach Goetheanum, które rok temu zostało zniszczone przez pożar. Prawdę mówiąc, formy te zostały zbudowane i uformowane w tym celu, aby to, co zostało wypowiedziane z platformy w ideach, przemówiło dalej w nich.

I tak w pewnym sensie możemy powiedzieć, że w Goetheanum mieliśmy coś, co mogło obudzić w zupełnie nowej formie pamięć o tym, co dawne.

Kiedy uczeń do inicjacji wchodził do świątyni w Efezie, jego uwaga została skierowana na posąg, o którym mówiłem wam w tych wykładach, a posąg ten wołał do niego w języku serca tymi słowami: Zjednocz się z eterem kosmicznym, a zobaczysz to, co ziemskie z wysokości eteru.

Wielu uczniów w Efezie tak oglądało to co ziemskie z wysokości eteru. I pewna rasa Bogów była zazdrosna. Wieki przed Tajemnicą Golgoty dzielni ludzie już znajdowali sposób, aby sprostać tej zazdrości bogów. Znaleźli sposób, by wspierać to, co przyszło do nich ze starożytnych, świętszych lat historii ludzkości i działało z mocą w ludzkiej ewolucji aż do czasu spalenia Efezu. To prawda, że teraz było to przyćmione i słabe, ale nawet w tej osłabionej formie mogło nadal działać.

Gdyby nasze Goetheanum zostało doprowadzone do końca, wtedy, gdy wchodziliście od zachodu, wasze spojrzenie padłoby na posąg, który kazał człowiekowi poznać siebie w swojej kosmicznej naturze, poznać siebie jako istotę osadzoną pomiędzy mocami Lucyfera i Arymana, Boga – utrzymywanego pośród nich w wewnętrznej równowadze bytu. A kiedy patrzyliście na formy kolumn i architrawu, formy te przemawiały językiem, który był kontynuacją języka, który był wypowiadany słowami z platformy, gdzie starano się wyrazić to, co duchowe w ideach. Dźwięk słów płynął dalej w plastycznie uformowane formy. A powyżej w kopule wyświetlane były sceny, które mogły postawić przed oczami duszy przeszłą ewolucję ludzkości. Ktokolwiek patrzył na to Goetheanum z uczuciem i zrozumieniem, mógł w nim znaleźć wspomnienie świątyni w Efezie.

Wspomnienie to jednak stało się strasznie bolesne. Bowiem w sposób zupełnie niepodobny do tego, co spotkało Efez we wcześniejszych czasach, dokładnie w tym momencie jego ewolucji, kiedy Goetheanum było gotowe, aby stać się nosicielem odnowy życia duchowego, w tym samym momencie został w nie wrzucony płonący znak.

Moi drodzy przyjaciele, nasz ból był głęboki i nie do opisania. Ale postanowiliśmy iść naprzód, niezmąceni tą tragedią, która nas spotkała, aby kontynuować naszą pracę dla świata duchowego. Mogliśmy powiedzieć sobie w głębi naszych serc: Gdy patrzymy na płomienie, które wzeszły z Efezu, widzimy wypisane w nich słowa: Zazdrość bogów. To był czas, kiedy ludzie byli jeszcze niewolni i musieli podążać za wolą dobrych i złych bogów. W naszych czasach ludzie są naznaczeni do wolności. Rok temu, w noc sylwestrową, widzieliśmy niszczycielskie płomienie. Czerwona łuna wznosiła się do nieba. Języki płomieni, ciemnoniebieskie i czerwonawo-żółte, zakręcały swoją drogę w górę przez ogólne morze ognia. Pochodziły one z metalowych instrumentów ukrytych w Goetheanum; gigantyczne morze ognia jarzyło się wszystkimi możliwymi, zmieniającymi się kolorami. Wpatrując się w to morze płomieni z jego szybkimi liniami i językami kolorów, musieliśmy przeczytać te słowa, słowa, które mówiły o bólu duszy: Zazdrość o człowieka.

Tak brzmią słowa, które z epoki na epokę w ewolucji ludzkiej łączą się w najgłębsze nieszczęście i niedolę. W czasach, kiedy człowiek jeszcze w bezwolności spoglądał na Bogów, a jego zadaniem było uczynić siebie wolnym, było słowo, które oznaczało dla niego najgłębsze nieszczęście i smutek. Zobaczył wypisane w płomieniach: zazdrość bogów. I nić duchowej ewolucji łączy z tym słowem nasze własne nieszczęście. Żyjemy w czasach, kiedy człowiek musi odnaleźć w sobie siłę wolności, a teraz widzimy wpisane w płomienie inne słowo: zazdrość człowieka. W Efezie posąg bogów, tutaj w Goetheanum posąg człowieka, posąg przedstawiciela ludzkości, Chrystusa Jezusa. W Nim, utożsamiając się z Nim w całej pokorze, myśleliśmy, że osiągniemy wiedzę, tak jak kiedyś na swój sposób, sposób, który dziś już nie jest w pełni zrozumiały dla ludzkości, uczniowie z Efezu osiągnęli wiedzę w Dianie z Efezu.

Ból nie maleje, gdy w świetle historii widzimy to, co ten Sylwester przyniósł nam rok temu. Kiedy po raz ostatni dane mi było stanąć na platformie, która sama w sobie została zbudowana w harmonii z całym Goetheanum, moim zamiarem i celem było skierowanie spojrzenia, duchowego spojrzenia obecnych z dala od ziemskich sfer na wzniesienie się w gwiezdne światy, gdzie wola i mądrość, gdzie światło duchowego kosmosu znajdują swój wyraz. Znam dobrze sponsorów, którzy byli tam obecni w tym czasie, duchy tych, którzy w średniowieczu uczyli swoich uczniów w sposób, który wam opisałem.

W godzinę po wypowiedzeniu ostatniego słowa zostałem wezwany do ogniska w Goetheanum. Przy ognisku w Goetheanum spędziliśmy całą tę noworoczną noc.

Wystarczy wypowiedzieć te słowa, a w naszych sercach i duszach pojawiają się niewypowiedziane myśli. Ilekroć w ewolucji ludzkości zdarzało się, że coś świętego dla tej ewolucji było wyrywane, zawsze znajdowała się garstka, która po rozpadzie fizyczności zobowiązywała się do kontynuowania pracy w duchu, której poświęcona była fizyczność. I zgromadzeni tutaj, w chwili, która wyznacza rocznicę tragicznej utraty naszego Goetheanum, dobrze czynimy pamiętając, że doprowadzimy nasze dusze do właściwej postawy na to zgromadzenie, kiedy zobowiązujemy się wszyscy razem do niesienia dalej w duchu na postępującej fali ludzkiego postępu tego, co było wyrażone w fizycznej formie i w fizycznym obrazie w Goetheanum, a co zostało oderwane od fizycznego widoku przez czyn podobny do czynu Herostratesa. Nasz ból i żal trzymają się starego Goetheanum. Ale okażemy się godni tego, że pozwolono nam zbudować to Goetheanum tylko wtedy, gdy wypełnimy zadanie, które jeszcze przed nami stoi, gdy złożymy dziś uroczyste przyrzeczenie, każdy z nas przed najwyższym, Bogiem, co nosi w swej duszy, przyrzeczenie wiernego zachowania w pamięci duchowych impulsów, które miały swój zewnętrzny wyraz w Goetheanum, którego już nie ma. Goetheanum może być nam odebrane: duch Goetheanum, jeśli tylko w szczerości zechcemy go zachować, nigdy nie może być nam odebrany. W najmniejszym stopniu nie zostanie nam odebrany, jeśli w tej uroczystej godzinie, którą dzieli tylko krótki odcinek czasu od chwili sprzed roku, kiedy to z naszego ukochanego Goetheanum buchnęły płomienie, – jeśli w tej uroczystej godzinie nie tylko odczujemy odnowienie naszego bólu, ale z samego bólu przyrzekniemy sobie wierność Duchowi, dla którego wznieśliśmy nasze Goetheanum, budując je przez dziesięć lat pracy. Jeśli to postanowienie wypłynie dziś w całej szczerości z głębi naszych serc, jeśli będziemy w stanie zamienić ból i smutek w impuls do działania, to zamienimy także to smutne wydarzenie w błogosławieństwo. Ból nie może być przez to mniejszy, ale do nas należy odnalezienie w nim przynaglenia do działania, do działania w duchu.

Tak więc spójrzmy wstecz na te straszne płomienie ognia, które napełniły nas tak niewymownym smutkiem, ale jednocześnie poczujmy, jak dziś, gdy poświęcamy się uroczyście najwyższym boskim siłom, które są w nas, duchowy płomień zapala się w naszych sercach. Tak, a płomień w naszych sercach rzuci nowe światło i ciepło na to wszystko, co było zamierzone i chciane w Goetheanum, na to wszystko, co teraz jesteśmy zdecydowani nieść naprzód na postępującej fali ludzkiej ewolucji.

Przypomnijmy więc sobie, drodzy przyjaciele, w tym czasie i zapiszmy głębiej w naszych sercach słowa, które mogłem wypowiedzieć do was tam w Goetheanum prawie w tym samym momencie rok temu. Tamtej nocy mówiłem nieco w następujących słowach: Znajdujemy się w przededniu Nowego Roku, musimy iść naprzód, aby spotkać się z nadchodzącym Kosmicznym Nowym Rokiem. Gdyby Goetheanum jeszcze stało, można by w tej chwili ponowić to żądanie i to wezwanie. Ale ono już nie stoi. To samo wezwanie może być jednak wypowiedziane ponownie w ten sylwestrowy wieczór, może być wypowiedziane, jak wierzę, ze zdwojoną mocą, właśnie dlatego, że Goetheanum już nie istnieje. Przenieśmy duszę Goetheanum w kosmiczny Nowy Rok, spróbujmy w nowym Goetheanum wznieść godny pomnik staremu!

Niech nasze serca będą w ten sposób złączone ze starym Goetheanum, które musieliśmy siłą rzeczy oddać żywiołom. I niech nasze serca będą ściśle związane z duchem i duszą tego Goetheanum. I z tym uroczystym przyrzeczeniem najwyższego i najlepszego, co jest w nas, przeniesiemy nasze życie nie tylko w Nowy Rok, ale w kosmiczny Nowy Rok, pójdziemy naprzód w nim, silni do działania, podtrzymywani i prowadzeni w duszy i duchu.

Moi drodzy przyjaciele, przyjęliście mnie przez powstanie na pamiątkę starego Goetheanum. Powstańmy teraz na znak tego, że zobowiązujemy się kontynuować pracę w duchu Goetheanum z najlepszymi i najwyższymi siłami, jakie mamy w sobie. Niech tak będzie. Amen.

I będziemy trzymać się tego naszego uroczystego przyrzeczenia, będziemy mu wierni tak długo, jak będziemy w stanie, będziemy trzymać się go naszą wolą, – bo to nasza wola łączy te nasze ludzkie dusze z duszami Bogów. Pozostaniemy wierni duchowi, w którym w pewnym momencie naszego życia po raz pierwszy szukaliśmy nauki duchowej Goetheanum.

Zrozummy i umiejmy dotrzymać obietnicy, którą złożyliśmy.

Czytaj dalej:

close

NEWSLETTER

ZAPISZ SIĘ I OTRZYMUJ COTYGODNIOWY NEWSLETTER O NOWOŚCIACH NA STRONIE ANTROPOZOFIA.NET

Nie spamujemy! Przeczytaj naszą politykę prywatności.

Możesz również polubić…

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x