Moralność Antropozoficzna

Moralność Antropozoficzna, Rudolf Steiner (Ga 155 w. 3), 30 maj 1912 r. przekład Zofia Próchnicka (przewodnicząca Koła im. Rudolfa Steinera we Lwowie od 1933.)

Drodzy Przyjaciele,

Widzieliśmy we wczorajszym wykładzie, że impulsy moralne są wrodzone naturze ludzkiej. Na zasadzie faktów usiłowaliśmy dowieść, że dusza ludzka w istocie rzeczy opiera się na podłożu moralności i dobra i że właściwie dopiero w ciągu ewolucji, w wędrówce od jednej inkarnacji do drugiej człowiek porzucił pierwotne, jakby instynktowne dodatnie skłonności, w rezultacie czego zło, niemoralność znalazły doń dostęp. 

Ale wobec tego jest rzeczą tym bardziej zdumiewającą, że zło w ogóle jest możliwe, że mogło powstać. Odpowiedzi wymaga pytanie: w jaki sposób w ciągu ewolucji zło stało się możliwe. 

            Otrzymamy wyczerpującą odpowiedź, zapoznając się ze sposobem nauczania moralności w pradawnych czasach. Uczniowie Misteriów, którzy za swój najwyższy ideał uważali dojście do prawdy i poznania świata duchowego, brali zawsze za punkt wyjścia swych rozważań podłoże moralne. Wszędzie, gdzie praca odbywała się we właściwym duchu Misteriów, przedstawiano uczniom naturę moralną człowieka w szczególny sposób. Aby zwięźle scharakteryzować jak się to odbywało, powiemy: uczniowie dowiadywali się, że człowiek może błądzić i popełniać zło w dwóch kierunkach, dalej, że posiada on możliwość rozwijania wolnej woli jedynie dzięki temu, że stoi wobec możliwości błądzenia w dwóch kierunkach, wreszcie, że przebieg życia tylko wtedy jest pomyślny, gdy owe dwa kierunki rozpatrywane, jako szale wagi, przeważają na przemian to jeden, to drugi. Równowaga zachodzi wówczas, gdy ramię wagi przyjmuje położenie poziome. 

            Uczniom Misteriów wykazywano, że niepodobna wyznaczyć właściwego postępowania człowieka mówiąc: to jest słuszne, a tamto błędne. Do należytego sposobu postępowania człowiek może dojść jedynie dzięki temu, że w każdym momencie życia potrafi utrzymać równowagę, położenie środkowe, mimo możliwości odchyleń w jedną jak i w drugą stronę. 

            Weźmy np. omówioną wyżej zaletę dzielności, odwagi. Jedna ze stron, w którą natura ludzka może się odchylić – to szaleństwo, nieokiełznana aktywność w świecie. Po jednej stronie sił, którymi człowiek rozporządza, znajduje się wtedy szaleństwo, po przeciwnej zaś tchórzostwo. Człowiek może przeholować zarówno w jednym jak i w drugim kierunku. Uczniom Misteriów nakazywano, że wykolejając się w stronę szaleństwa, człowiek gubi się, zatraca swą indywidualność i zostaje zmiażdżony przez koła życia. Natomiast gdy błądzi w stronę tchórzostwa, wówczas kamienieje, zrywa łączność ze światem. Staje się on wtedy istotą zasklepioną w sobie, zatracającą łączność z całością, gdyż nie może zharmonizować z nią swych czynów i postępowania. Wykazywano to uczniom Misteriów na przykładach odnoszących się do wszelkich możliwych postępków człowieka. Skutkiem zatracenia swej indywidualności człowiek wyrodnieje w taki sposób, że świat zewnętrzny go rozszarpuje i miażdży. Z drugiej zaś strony grozi mu zdegenerowanie skutkiem zasklepienia się w samym sobie, nie tylko pod względem odwagi, ale również i wszelkich innych skłonności. Toteż na naczelnym miejscu kodeksu moralnego Misteriów, widniały owe doniosłe słowa: musisz odnaleźć środek tak, abyś przez swe czyny nie zatracił się w świecie, ani też aby świat cię nie utracił. 

            Człowiek stoi wobec tych dwóch możliwości: albo przepada on dla świata, życie chwyta go i miażdży, jak w wypadku szaleństwa, lub też świat ginie dla człowieka zasklepionego w egoizmie, jak to bywa w wypadku tchórzostwa. 

            Uczniowie dowiadywali się w Misteriach, że dobro, jako coś stałego, do czego można by dążyć zawsze, w ogóle nie istnieje, że powstaje ono raczej przez to, że człowiek jak wahadło odchylać się może to w jedną, to w drugą stronę, a dzięki swej sile wewnętrznej posiada możliwość utrzymania równowagi, położenia środkowego. 

            Otóż widzicie, teraz staje się zrozumiałą sprawa wolności woli oraz znaczenia rozsądku i mądrości w postępowaniu ludzkim. O ile by przeznaczeniem człowieka było ślepe słuchanie wiecznych praw moralnych, wystarczyłoby, aby je poznał i kroczył z zamkniętymi oczami przez życie według z góry wyznaczonej marszruty. Ale życie ludzkie nie przebiega nigdy według z góry wyznaczonej marszruty. Wolność życia polega raczej na tym, że człowiek ma zawsze możliwość błądzenia w dwóch kierunkach. Skutkiem tego powstaje możliwość zła. Czymże bowiem jest zło? Zło jest tym, co powstaje wówczas, gdy człowiek zatraca w świecie samego siebie, albo też kiedy zostaje sam stracony dla świata. Unikanie tych dwóch krańcowości stanowi istotę tego, co nazywany dobrem. o stało się możliwe w biegu rozwoju skutkiem tego, że człowiek przechodząc od jednego wcielenia do drugiego, błądził to w jedna, to w drugą stronę. Wobec tego zaś, że natychmiastowy powrót do stanu równowagi nie zawsze był możliwy, koniecznością stało się wyrównanie karmiczne w przyszłości. To, czego człowiekowi nie udało się osiągnąć w ciągu jednego życia, gdyż nie potrafił uchwycić środka, to zdobywa z biegiem rozwoju. Człowiek bowiem raz błądzi w jednym kierunku, w następnym zaś wcieleniu gwoli wyrównania zmuszony jest, być może, odchylić się w stronę przeciwną. 

            Powyższa zasada stanowiła złotą regułę dawnych Misteriów. U starożytnych filozofów znajdujemy oddźwięk tej prawdy Misteriów. U Arystotelesa np. spotykany określenie cnoty, którego niepodobna byłoby zrozumieć, nie wiedząc, że omawiana tu zasada dawnych Misteriów została mu przekazana i że ją włączył do swego systemu filozoficznego. 

Stąd pochodzi owo osobliwe określenie cnoty u Arystotelesa? Powiada on: cnota jest to zdolność ludzka, kierowana rozumem, która w człowieku utrzymuje równowagę pomiędzy zbyt wiele, a zbyt mało. 

            To określenie cnoty u Arystotelesa jest tak trafne, że żadnemu z późniejszych filozofów nie udało się mu dorównać pod tym względem. Zdołał on uchwycić prawdę właśnie dzięki tradycjom misteryjnym. To jest zatem ów słynny złoty środek, który człowiek musi utrzymywać, o ile ma być naprawdę cnotliwy oraz o ile siły moralne mają przenikać świat. Ale teraz mamy już możliwość odpowiedzieć na pytanie: po co moralność jest w ogóle potrzebna? Jakież są rezultaty braku moralności, panowania zła, przejawiania się nadmiaru, lub niedoboru, okoliczności, że człowiek zatraca się w świecie, który go miażdży, lub przeciwnie, zostaje dlań stracony? W każdym z tych wypadków coś ulega zniszczeniu. Wszelkie zło, każdy czyn niemoralny jest niszczeniem, procesem niszczenia. W momencie kiedy człowiek uświadamia sobie, że popełnia akt zniszczenia, że odbiera coś światu, budzi się w nim potężny impuls ku dobru. Wykazanie, że wszelkie zło powoduje proces niszczenia, że pozbawia świat czegoś, co mu jest potrzebne, jest przede wszystkim zadaniem Antropozofii, która właściwie zaczyna dopiero rozpowszechniać się na świecie. 

            Przyjmując powyższą zasadę, zgodnie ze światopoglądem antropozoficznym i opierając się na tym, co wiemy o naturze ludzkiej, dochodzimy do szczególnego poglądu na istotę dobra i zła. Dusza odczuwająca, jak wiemy, rozwijała się głównie w III-cim okresie poatlantydzkim, w okresie chaldejsko-egipskim. O początkach tego okresu współczesność ma tylko niezmiernie słabe pojęcie, oficjalna nauka historii bowiem sięga zaledwie do czasów egipskich. Wiemy również, że rozwój duszy rozumowej(rozsądkowej) przypadł na IV-ty okres poatlantydzki, na okres grecko-łaciński, na obecny zaś, V-ty okres przypada rozwój duszy samoświadomej. Rozwój ducha-jaźni(sobistości) nastąpi dopiero w VI-tym okresie poatlantydzkim. 

            A teraz zastanówmy się nad tym, w jaki sposób dusza odczuwająca może zbaczać to w jedną stronę, to w drugą od właściwej drogi. Dusza odczuwająca jest tym członem człowieka, który pozwala mu odczuwać świat rzeczy, przyjmować go w siebie, żywić dlań zainteresowanie, czyli nie przechodzić przez życie z obojętnością dla rzeczy świata, lecz nawiązywać z nimi pewną relację. Wszystko to staje się za przyczyną duszy odczuwającej. Jeden z kierunków, w jakim dusza odczuwająca może zbłądzić znajdziemy, zadając pytanie: co w ogóle umożliwia człowiekowi zajęcie pewnego stanowiska do otaczających go obiektów świata zewnętrznego? Jest to coś co nazwać można zainteresowaniem. W tym wyrazie zainteresowanie kryje się rzecz pod względom moralnym niesłychanie doniosła. Jest o wiele ważniejsze brać pod uwagę moralne znaczenie zainteresowania, niż hołdować tysiącom i dziesiątkom tysięcy pięknych, ale może obłudnych i małostkowych zasad moralnych. Istotnie nic lepiej nie kieruje naszymi impulsami moralnymi, niż rzetelne zainteresowanie w stosunku do rzeczy i istot. Chodzi o to, byśmy dobrze sobie z tego zdali sprawę. W poprzednim wykładzie mówiliśmy o miłości w głębszym znaczeniu. Dziś przeto nie możemy być źle zrozumiani, gdy powiemy: impulsu moralnego, zawartego w tym co można określić słowem zainteresowanie, nie można zastąpić tak często dające się słyszeć deklamowanie o miłości, miłości i jeszcze raz miłości. 

            Mamy zająć się, powiedzmy, pracą wychowawczą. Jaki jest zasadniczy warunek, abyśmy wychowali dziecko dobrze i z pełnym oddaniem? Tym zasadniczym warunkiem jest rozbudzenie w sobie zainteresowania dla istoty dziecka. Gdy człowiek odsuwa się od czegoś, co go interesuje, uważać to należy za niezdrowy przejaw jego duszy. W miarę jak będziemy się zbliżali do istotnych podstaw moralności, nie zadawalając się wygłaszaniem kazań, coraz lepiej zdawać sobie będziemy sprawę z wartości impulsu zainteresowania z moralnego punktu widzenia. Gdy rozszerzamy krąg naszych zainteresowań, gdy nauczymy się wnikać ze zrozumieniem w położenie istot i rzeczy, tym samym wzmagamy nasze siły wewnętrzne także i w stosunku do naszych bliźnich.

            Uczucie sympatii budzi się we właściwy sposób już wówczas, gdy z zainteresowaniem odnosimy się do jakiejś istoty. I jeżeli jako antropozofowie postawimy sobie za zadanie coraz większe rozszerzanie kręgu swoich zainteresowań i horyzontów myślowych, to tym samym przyczynimy się do rozwoju powszechnego braterstwa. Postęp dokonuje się nie przez głoszenie miłości bliźniego, lecz dzięki temu, że potrafimy w coraz większym stopniu mieć zainteresowanie i zrozumienie dla ludzi o najróżniejszych temperamentach, charakterach, właściwościach rasowych i narodowych, poglądach religijnych i filozoficznych. Właściwe zainteresowanie, właściwe zrozumienie pobudza dusze do właściwego czynu pod względem moralnym. 

            Tutaj także musimy utrzymać równowagę pomiędzy dwiema krańcowościami. Jedną z nich jest bierność, która sprawia, że człowiek przechodzi obojętnie obok wszystkiego, powodując niesłychane zło na świecie. Człowiek tego typu, zasklepiony w samym sobie, broni uparcie swego stanowiska powtarzając: to jest moje zdanie. Z moralnego punktu widzenia upieranie się przy jakimkolwiek stanowisku jest zawsze szkodliwe. Najważniejszą rzeczą dla człowieka jest mieć otwarte oczy dla wszystkiego, co nas otacza. pota umysłowa odsuwa nas od świata, zainteresowanie natomiast nas z nim wiąże. Nasza obojętność sprawia, że zostajemy straceni dla świata, postępujemy przeto niemoralnie. Należy więc stwierdzić, że obojętność i brak zainteresowania są złem moralnym w najwyższym stopniu. 

            Ale Antropozofia właśnie pobudza umysł do coraz większej aktywności, dopomaga nam do kierowania naszych myśli ku sprawom duchowym i zżywania się z nimi. Wiadomo, że gdy napalimy w piecu, ogień wytworzy ciepło; jest niemniej rzeczą pewną, a wiedza antropozoficzna rozbudza zainteresowanie do wszystkiego, co dotyczy człowieka i wszelkich istot. Dla zainteresowań wiedza duchowa jest jakby paliwem. Można nawet twierdzić, mimo że na pierwszy rzut oka nie wydaje się to oczywiste, że Antropozofia budzi w nas to zainteresowanie zwłaszcza wówczas, gdy zajmuje się sprawami najbardziej oddalonymi od bieżących, jak np. rozwojem Saturna, Słońca, Księżyca, problemem karmy itd. Istotnie rzeczy dzieją się tak, że zainteresowanie rodzi się z poznania antropozoficznego, podczas gdy wiedza materialistyczna prowadzi do tego, co mówiąc bez ogródek, należałoby nazwać biernością umysłową. Właściwość ta, która się dziś, niestety, tak panoszy na świecie, o ile by wyłącznie w nim panowała wyrządziłaby nieobliczalne zło. 

            Zwróćmy uwagę na często spotykany fakt, że ludzie, którzy ze sobą przystają, w gruncie rzeczy nie znają się głębiej, będąc całkiem zamknięci w sobie. Jakże często zdarza się, że między przyjaciółmi nagle występuje rozłam. Pochodzi to stąd, że impuls przyjaźni był natury materialistycznej. Po pewnym czasie przyjaciele dochodzą do przekonania, że dotychczas nie zauważyli wzajemnie niesympatycznych cech swego charakteru. Dziś tylko wyjątkowi ludzie mają oczy otwarte na to, co z duszy jednego człowieka przemawia do drugiego. Ale zadaniem Antropozofii jest tak rozszerzyć nasze zmysły, abyśmy mieli otwarte oczy i otwartą duszę dla wszystkiego, co ludzkie i kroczyli przez świat nie z tępą obojętnością, lecz z prawdziwym zainteresowaniem.

            Unikniemy również i drugiej krańcowości, o ile rozróżniać będziemy prawdziwe zainteresowanie od fałszywego i potrafimy utrzymać złoty środek. Rzucanie się w objęcia każdemu, kogo spotkamy, nie ma nic wspólnego z prawdziwym zainteresowaniem, lecz jest namiętnym zatracaniem siebie samego w innych. Postępując w taki sposób, zatracony siebie samych w świecie. Tępa obojętność człowieka sprawia, że zostaje on stracony dla świata, bezsensowna namiętność, zamglona pozorami poświęcenia powoduje, że sami zatracany się w świecie. Dzięki zdrowemu zainteresowaniu, stoimy silnie pod względem moralnym na stanowisku równowagi, na stanowisku złotego środka.

            Otóż w III-cim poatlantydzkim okresie, czyli w okresie chaldejsko-egipskim, większość ludzi posiadała jeszcze siłę, którą można by nazwać impulsem utrzymania równowagi pomiędzy tępą obojętnością, a namiętnym oddaniem się światu. Cechę tę w pradawnych czasach i jeszcze u Platona i Arystotelesa nazywano mądrością. Ale ową mądrość ludzie uważali za dar istot nadzmysłowych, gdyż w tych czasach działały jeszcze dawne impulsy mądrości. Dlatego też z tego punktu widzenia III-ci okres poatlantydzki nazwać by można okresem mądrości instynktownej. Przenosząc się myślą do tych czasów, przekonywujemy się o słuszności tego, co w ubiegłym roku przedstawiliśmy w wykładach kopenhaskich, wydanych później w broszurze pod tytułem: Duchowe kierownictwo człowieka i świata (Die geistige Führung des Menschen und der Menschheit). Wykazałem tam bowiem, że w III-cim okresie poatlantydzkim ludzkość stała jeszcze bliżej bosko-duchowych mocy, a to właśnie dzięki mądrości instynktownej. 

            Utrzymanie w działalności człowieka złotego środka, odpowiedniego dla ówczesnych czasów, pomiędzy tępą obojętnością a bezsensownym oddaniem się światu było tedy wówczas darem Bożym. Zewnętrzne warunki w owych czasach sprzyjały zachowaniu tego stanu równowagi. Było to jeszcze przed owym wielkim zmieszaniem się ludzi ze sobą, spowodowanym wielkimi wędrówkami ludów w IV-tym okresie poatlantydzkim. Ludność dzieliła się jeszcze na plemiona i rody. Zainteresowania człowieka były mądrze regulowane przez samą naturę, a były tak żywe, że właściwe impulsy moralne mogły je przenikać, z drugiej zaś strony przestrzeganie pokrewieństwa krwi przez plemiona stanowiło zaporę dla namiętności zmysłowych. Obserwując życie, przyznacie, że także i w dzisiejszych czasach zainteresowanie dla bliźnich budzi się najłatwiej na gruncie pokrewieństwa krwi i pochodzenia. Stosunki te również nie są oparte na namiętności zmysłowej. Ponieważ w okresie chaldejsko-egipskim ludzkość skupiona była na niewielkim obszarze Ziemi, złoty środek dawał się stosunkowo łatwo osiągnąć. Lecz sens postępu ludzkości wymaga, aby stopniowo zanikało to, co pierwotnie było instynktowe, co było wyłącznie natury duchowej, aby ludzie stali się samodzielni w stosunku do bosko-duchowych mocy. Toteż dostrzegamy, że w IV-tym okresie poatlantydzkim nie tylko filozofowie Platon i Arystoteles, ale także opinia publiczna w Grecji uważała mądrość za coś, co nie jest darem Bożym, lecz co trzeba zdobywać, do czego trzeba dążyć. Według Platona mądrość jest najpierwszą cnotą, niemoralnym zaś jest ten, kto do niej nie dąży. 

            Żyjemy obecnie w V-tym okresie poatlantydzkim. Jesteśmy jeszcze daleko od momentu, kiedy świadomą stanie się mądrość, którą w formie instynktownej otrzymał człowiek, jako dar Boży. Dlatego w dobie obecnej człowiek podlega w szczególny sposób możliwości błądzenia w obu wspomnianych kierunkach. Jest niezbędnym przeciwdziałać wynikającemu stad groźnemu niebezpieczeństwu przy pomocy światopoglądu antropozoficznego. Chodzi o to, aby to, co ongiś człowiek posiadał, jako mądrość instynktowną, stało się teraz mądrością świadomą. 

            Istotne zadanie ruchu antropozoficznego polega na tym, aby człowiek przekształcił w świadomą mądrość to, co dawniej posiadał instynktownie. To znaczy, że kiedyś Bogowie dali duszy ludzkiej mądrość instynktowną, nieświadomą, dziś zaś człowiek sam musi zdobywać prawdy mądrości dotyczące kosmosu i rozwoju ludzkości. Dawne obyczaje kształtowały się również według myśli boskich. Antropozofię rozpatrujemy we właściwym świetle, gdy ją rozpatrujemy jako badanie myśli Bogów. Dawniej te myśli boskie przenikały człowieka w sposób instynktowny, dziś musimy je badać i poznawać. Z tego względu Antropozofia musi być dla nas czymś boskim. Z głęboką czcią odnosić się musimy do tego, że prawdy, które nam Antropozofia przekazuje, są istotnie czymś boskim i że nam, ludziom, wolno jest mieć te same myśli, które były myślami boskimi i według których świat jest zbudowany. 

            O ile człowiek w ten sposób ustosunkuje się do Antropozofii, to zrozumie, że poznanie, jakie przy jej pomocy zdobywa jest mu dane w celu umożliwienia mu jego misji. Potężne prawdy ujawniają się nam przy badaniu tego, co dowiadujemy się z Antropozofii o rozwoju Saturna, Słońca, Księżyca, o reinkarnacjach, rozwoju poszczególnych ras itd. Ale do prawd takich jedynie wówczas odnosimy się we właściwy sposób, gdy powiadamy sobie: myśli, których poszukujemy są myślami, według których Bogowie kierowali rozwojem świata. Rozwój boski staje się przedmiotem naszych rozważań.

            O ile zrozumiemy to w sposób właściwy, to przeniknie nas uczucie głęboko moralne. To musi nastąpić. Wówczas powiemy sobie: w dawnych czasach Bogowie obdarzyli człowieka mądrością instynktową, tą samą mądrością, według której budowali świat. Dzięki temu możliwe było postępowanie moralne. Ale teraz mądrość tą zdobywamy świadomie drogą Antropozofii. Toteż powinniśmy ufać, że mądrość ta przekształci się w nas w impulsy moralne tak, że wraz z mądrością antropozoficzną uzyskujemy jednocześnie impulsy moralne. 

            Ale w jakiego rodzaju impulsy moralne przekształci się mądrość, zdobyta drogą Antropozofii? Musimy tu poruszyć sprawę, której rozwój antropozof może przewidywać, której znaczenie i wagę moralną powinien przewidzieć. Chodzi o moment rozwoju bardzo odległy od tego, co dziś jest w zwyczaju, chodzi o to, co Platon nazywał jeszcze ideałem mądrości. Ponieważ użył on tego terminu, będącego w użyciu wówczas, kiedy człowiek posiadał jeszcze dawną mądrość, celowym będzie zastąpić tę nazwę inną; wskazane jest to ze względu na to, że staliśmy się bardziej indywidualni, że oddaliliśmy się od pierwiastka boskiego i dlatego musimy znów do niego dążyć. Musimy nauczyć się odczuwać całą wagę słowa prawda (zgodność z prawdą), rzetelność. Pod względem moralnym będzie to rezultat światopoglądu i uczuć antropozoficznych. Dzięki Antropozofii, człowiek nauczy się odczuwać znaczenie prawdy. 

            Współcześni antropozofowie muszą zrozumieć jak konieczne jest odczuwanie w pełni moralnego znaczenia tej zalety ludzkiej w czasach, kiedy materializm doprowadził do tego, że nad prawdomównością można się wprawdzie jeszcze rozwodzić, ale że całe życie kulturalne jest dalekie od odczuwania tego, co pod tym względem być powinno. Nieprawdopodobne jest, aby dziś mogło być inaczej. Prawdomówność jest cechą, której współczesnej kulturze jest brak w wysokim stopniu, skutkiem pewnej, nabytej przez nią właściwości. Co odczuwa człowiek, przeczytawszy w gazecie wiadomość, która okazuje się po prostu nieprawdziwa? Zastanówcie się, proszę, dobrze nad tym. Zdarza się to nie tylko co krok, ale nawet, ze tak powiem, co każde ćwierć kroku. Wszędzie gdzie przejawia się życie współczesne, kłamstwo stało się cechą naszej epoki. Niepodobna twierdzić, by czasy obecne wyróżniały się prawdomównością. 

            Weźmy np. człowieka, o którym wiemy, że napisał, lub powiedział coś nieprawdziwego i zwróćmy mu na to uwagę. Przekonamy się, że na ogół brak mu będzie odczucia, że popełnił coś niewłaściwego. Znajdzie natychmiast usprawiedliwienie. Powie: przecież twierdziłem tak w dobrej wierze. Antropozof nie może kłamstwa popełnionego w dobrej wierze uważać za rzecz moralnie usprawiedliwioną. Ludzie musza dojść do przeświadczenia, że obowiązkiem człowieka jest wiedzieć z absolutną pewnością, że to, co mówi odpowiada prawdzie. Szerzyć zatem jakąś wiadomość mamy prawo dopiero wówczas, gdy spełnimy uznany przez nas obowiązek sprawdzenia wszelkimi dostępnymi dla nas środkami, czy istotnie jest ona prawdziwa. Dopiero gdy uświadomimy sobie ten obowiązek, będziemy zdolni odczuwać prawdomówność, jako impuls moralny. A wówczas człowiek, który zakomunikował jakąś nieprawdziwą wiadomość, nie będzie już mówił: uczyniłem to w dobrej wierze. Będzie on bowiem rozumiał, że jest zobowiązany mówić to, co jest rzeczywiście zgodne z prawdą, a nie to, co się tylko komuś wydaje prawdziwe. Pod tym względem musi zajść radykalna zmiana w naszym życiu kulturalnym. Szybkość podróżowania, żądza sensacji, wszystko w ogóle co jest rezultatem materializmu – to wrogowie prawdy. Antropozofia stanie się w dziedzinie moralnej wychowawczynią człowieka pod względem obowiązkowości i umiłowania prawdy.

            Nie jest to dziś moim zadaniem zastanawianie się nad tym, w jakim stopniu umiłowanie prawdy jest już realizowane wśród antropozofów, lecz mogę stwierdzić, że stanowi to w zasadzie wzniosły ideał antropozoficzny. Ewolucja moralna, w ruchu antropozoficznym mieć będzie dostatecznie wiele pracy przy wszechstronnym przemyśleniu i odczuciu ideału prawdomówności. Ten ideał moralny jest czynnikiem, który w duszy odczuwającej budzi cnoty we właściwy sposób.

Drugi człon duszy, według Antropozofii, to dusza rozumowa. Rozwój jej przypadł, jak wiemy, głównie na IV-ty okres poatlantydzki, na okres grecko-łaciński. Wspominaliśmy już nieraz o właściwości, która jest szczególnie charakterystyczna dla tego członu duszy – jest nią dzielność, męstwo, odwaga. Krańcowość tej zalety, to szaleństwo i tchórzostwo. Dzielność, męstwo, odwaga znajduje się pośrodku, pomiędzy szaleństwem, a tchórzostwem. Starogermański wyraz, który odpowiada niemieckiemu Gemüt, już w swym dźwięku wskazuje na istniejący związek. Wyraz Gemüt używany jest właśnie w zastosowaniu do środkowej części duszy, do tej części, której właściwością jest odwaga, siła, moc. Te zalety stanowią, zdaniem Arystotelesa i Platona, drugą z kolei cnotę. 

            W IV-tym okresie poatlantydzkim człowiek był obdarzony tą cnotą, jako darem Bogów, mądrość natomiast tylko w III-cim okresie poatlantydzkim działała jakby instynktownie. Instynktowna dzielność i odwaga były w IV-tym okresie poatlantydzkim, jakby darem Bogów u tych ludów, które spotykały się z ekspansją chrześcijaństwa ku północy. Wykazały one, że odwaga była u nich jeszcze darem Bożym. Podczas gdy u Chaldejczyków, jako dar Boży, jako coś inspirowanego, przejawiała się mądrość, przenikanie tajemnic świata gwiazd, to w IV-tym okresie, zwłaszcza wśród Greków i Rzymian – oraz pośród tych, których zadaniem było szerzenie chrześcijaństwa – ludzie wyróżniali się odwagą i dzielnością. Później człowiek zatracił tę instynktowną odwagę, podobnie jak jeszcze dawniej zatracił instynktowną mądrość. 

            Rozpatrując V-ty okres poatlantydzki dostrzegamy, że pod względem instynktownej odwagi znajdujemy się w stosunku do Greków w podobnym położeniu, w jakim znajdowali się oni w stosunku do Chaldejczyków i Egipcjan pod względem instynktownej mądrości. Spoglądamy wstecz na to, co bezpośrednio w okresie poprzedzającym nasze czasy, było darem Bogów i do czego w pewnym sensie musimy dążyć. Wszelako jak widać z dwóch poprzednich wykładów, zajść w tym musi pewna zmiana. Na przykładzie św. Franciszka z Asyżu obserwowaliśmy przekształcenie tego daru bożego, który, zewnętrznie ujawniał się w dzielności i odwadze. To przekształcenie było, jak widzieliśmy rezultatem wewnętrznej siły moralnej, którą poznaliśmy we wczorajszym wykładzie, jako impuls Chrystusowy. Rezultatem przeobrażenia dzielności i odwagi – jest prawdziwa miłość. Ale to miłością winna kierować inna cnota, mianowicie zainteresowanie dla istoty, którą obdarzamy uczuciem miłości. Shakespeare wykazał w swym Tymonie z Aten, jak miłość, czy też dobre serce noże wyrządzić zło, gdy występuje namiętnie i ujawnia się jedynie jako właściwość natury ludzkiej, nie będąc kierowana przez mądrość i prawdę. Bohaterem jest człowiek, który na wszystkie strony trwoni swe mienie. Szczodrość jest cnotą, lecz Shakespeare wykazuje, że hojność tego rodzaju wytwarza samych pasożytów.

            Tak zatem jak dawna odwaga i dzielność znajdowały się pod kierownictwem Braminów europejskich, tych mędrców związanych z Misteriami, którzy trzymali się na uboczu, podobnie cnota miłości w naturze ludzkiej winna znajdować się w harmonii z zainteresowaniem i być przezeń kierowana. Zainteresowanie, które nas wiąże ze światem zewnętrznym we właściwy sposób, musi kierować naszym uczuciem miłości, gdy je zwracany na ten świat. W sposób zasadniczy uwidocznia to charakterystyczny, choć radykalny przykład św. Franciszka z Asyżu. Sympatia, jaką darzył on swych bliźnich, nie miała w sobie nic, jak to nieraz bywa, napastliwego, czy zaczepnego. Albowiem nawet ludzie, którzy pragną obsypywać bliźnich swymi dobrodziejstwami, nie zawsze kierują się przy tym właściwymi impulsami moralnymi. A ileż osób wzbrania się przyjąć cokolwiek, co jest dawane z litości. Lecz zbliżenie się jednego człowieka do drugiego ze zrozumieniem nie ma w sobie nic obraźliwego. Człowiek buntuje się przeciwko temu, aby być traktowanym, jako przedmiot litości. Lecz żaden rozumny człowiek nie może odnosić się z niechęcią do zrozumienia, które bliźni dlań żywi. Toteż nie można nic zarzucić zachowaniu człowieka, który w swym postępowaniu kieruje się tą zasadą. 

            W postępkach, wpływających z drugiej cnoty, powinniśmy kierować się właśnie zrozumieniem i miłością. Miłość stała się cnotą duszy rozumowej przez impuls Chrystusowy, tą cnotą, którą określić możemy, jako ludzką miłość przenikniętą ludzkim zrozumieniem. Sympatia, współczucie – to cnoty, którym sądzone jest wydać najpiękniejsze owoce w przyszłości we współżyciu ludzkim. To współczucie, ta miłość, to branie udziału w radości i cierpieniu bliźnich, obudzi się we właściwy sposób, przekształcając się w uczucie u ludzi, którzy z należytym zrozumieniem odniosą się do impulsu Chrystusowego. Właśnie przez zrozumienie impulsu Chrystusowego stanie się to uczuciem. Chrystus za sprawą Misterium Golgoty zstąpił do rozwoju ziemskiego. Jego impuls, jego działanie jest teraz obecne wszędzie na Ziemi. Dlaczego Chrystus zstąpił na Ziemię? Dlatego aby rozwój Ziemi odbywał się we właściwym kierunku. Otóż teraz, kiedy impuls Chrystusowy jest czynny na Ziemi, coś niszczymy na skutek naszych niemoralnych czynów, naszej obojętności względem naszych bliźnich, to światu zabierany jakby cząstkę przenikniętą impulsem Chrystusowym. Niszczymy więc bezpośrednio impuls Chrystusowy, gdyż jest on tu obecny. Ale jeżeli dajemy światu rezultaty cnoty twórczej – budujemy. Budujemy przez wyrzeczenie się. Nie bez racji mawia się często, że Chrystus został ukrzyżowany na Golgocie, że następnie ciągle ulega ponownemu ukrzyżowaniu skutkiem czynów ludzkich. Odkąd Chrystus, dzięki Misterium Golgoty zstąpił w rozwój ziemski, przysparzamy cierpienia Jego impulsowi naszym postępowaniem niemoralnym, przejawiającym się w egoizmie, obojętności itd. Dlatego to mówiono nieraz, że Chrystus będzie dotąd wciąż na nowo krzyżowany, dokąd istnieć będzie niemoralność, egoizm, obojętność. Skutkiem tego, że impuls Chrystusowy przeniknął świat, Jemu to przysparzamy cierpienia. 

            Tak jak prawdą jest, że przez zło szerzące zniszczenie ujmujemy jak gdyby coś impulsowi Chrystusowemu i przedłużamy Ofiarę na Golgocie, tak prawdą jest to, że gdy kierujemy się miłością, to wszędzie gdzie ją przejawiamy, przyczyniamy się do spotęgowania impulsu Chrystusowego, dopomagamy jego urzeczywistnieniu w życiu. Co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnie uczyniliście – jest najważniejszym wezwaniem miłości i gdy zostanie zrozumiane w sensie antropozoficznym, stanie się najgłębszym impulsem moralnym. Postępujemy w myśl tego wezwania, gdy ze zrozumieniem odnosimy się do naszych bliźnich i naszym postępowaniem, czynami, całą postawą, dajemy coś z siebie, kierowani zrozumieniem ich istoty. Nasz stosunek do naszych bliźnich jest stosunkiem do impulsu Chrystusowego.

            Przeżywamy silny impuls moralny, stanowiący naprawdę fundament moralności, gdy odczuwamy że Misterium Golgoty zostało dokonane dla wszystkich ludzi bez wyjątku i skutkiem tego impuls Chrystusowy przeniknął cały świat. Obcując z naszymi bliźnimi, usiłujemy zrozumieć ich szczególne właściwości bądź pod względem rasy, barwy skóry, narodowości, bądź też pod względem wyznania religijnego, światopoglądu itd. Jeżeli czynimy cokolwiek dla nich, czynimy to dla Chrystusa. Słowa: co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnie uczyniliście – staną się silnym bodźcem moralnym dla każdego, kto rozumie podstawowe znaczenie Misterium Golgoty. Podczas gdy w czasach przedchrześcijańskich Bogowie obdarzyli człowieka instynktowną mądrością i takąż dzielnością i odwagą, obecnie z symbolu Krzyża promieniuje miłość, ta miłość, która jest oparta na wzajemnym zrozumieniu się ludzi. 

            Dzięki temu, impuls Chrystusowy działać będzie potężnie na świecie. Wówczas, gdy świat dojdzie do tego, że Bramin miłować będzie nie tylko Bramina, parias – pariasa, żyd – żyda, chrześcijanin – chrześcijanina, lecz gdy żyd będzie rozumiał chrześcijanina, jako człowieka, jak również Bramin – pariasa, Amerykanin – Azjatę itd., wówczas zrozumiemy jak głęboko kryje się uczucie chrześcijańskie w powiedzeniu: Braterstwo winno panować wśród ludzi niezależnie od ich wyznania. Należy mniej cenić inne więzy pomiędzy ludźmi. Ojca, matkę, brata, siostrę, nawet własne życie winniśmy mniej cenić niż to, co z jednej duszy ludzkiej przemawia do drugiej. Nie może być uczniem Chrystusa ten, kto przywiązuje wagę do różnic istniejących pomiędzy ludźmi. Impuls Chrystusowy wyrównuje te różnice. Jest to impuls miłości, wytryskujący z Misterium Golgoty. Uważać go należy za odrodzenie tego, co dane było człowiekowi w postaci pierwotnych cnót. 

Rozpatrzmy teraz cnotę właściwą duszy samoświadomej. W IV-tym okresie poatlantydzkim cnota wstrzemięźliwości była jeszcze instynktowna. Platon i Arystoteles nazwali tę właściwość główną cnotą duszy samoświadomej. Przedstawiali ją sobie, jako środek tego, co zawiera w sobie dusza świadoma, jako jej stan równowagi. Rola jej polega na tym, że człowiek przy pomocy swego organizmu uświadamia sobie świat zewnętrzny. Ciało fizyczne jest przede wszystkim narzędziem duszy samoświadomej. Również za sprawą ciała fizycznego człowiek dochodzi do świadomości jaźni.

            Z tego to względu ciało fizyczne człowieka musi być chronione. Misja Ziemi nie mogłaby się spełnić, o ile by ciało fizyczne człowieka nie zostało utrzymane. Ale tu także istnieje pewna granica. O ile by człowiek gwoli używania poświęcił wszystkie swe siły, zasklepiłby się w samym sobie, zostałby stracony dla świata. Człowiek, który myśli wyłącznie o używaniu, wytężając wszystkie swe siły dla zdobycia rozkoszy, odgradza się, zdaniem Platona i Arystotelesa, od świata, świat go traci. Człowiek natomiast, który odmawia sobie wszystkiego, coraz bardziej opada na siłach, aż wreszcie zewnętrzny bieg życia opętuje go i miażdży. Kto usiłuje przekroczyć siły, w które został wyposażony jako człowiek, zostaje schwytany i gubi się w świecie. 

            To zatem, co człowiek w sobie rozwinął dla wykształcenia duszy samoświadomej, może ulec zniszczeniu. Cnota, dzięki której unikamy tych krańcowości – to wstrzemięźliwość, umiarkowanie. Odrzuca ona zarówno ascezę, jak i żądzę używania, i stanowi pomiędzy nimi złoty środek. Jest to cnota duszy samoświadomej. Również i pod względem tej cnoty nie przekroczyliśmy jeszcze fazy instynktownej. Wystarczy się zastanowić, by sobie uświadomić, że człowiek w gruncie rzeczy przerzuca się z jednej krańcowości w drugą. Pomijając ludzi wyjątkowych, którzy już teraz usiłują postępować świadomie pod tym względem, widzimy że ogromna większość żyje według pewnego szablonu. Dla środkowej Europy daje się on scharakteryzować w następujący sposób. W Berlinie bardzo wiele osób nie przestrzega umiarkowania w jedzeniu i przejada się wszelkiego rodzaju specjałami, w lecie zaś spieszą do Karlsbadu, by metodą drugiej krańcowości leczyć nabytą chorobę. Mamy tu odchylenie szali wagi to w jedną, to w drugą stronę. Jest to tylko jaskrawy przykład. Jeżeli nie wszędzie występuje to w tej mierze, to jednak zawsze zachodzi ruch wahadłowy pomiędzy używaniem, a wstrzemięźliwością. Niekiedy człowiek sam troszczy się o nadmierne odchylenie w jedną stronę, a następnie poddaje się kuracji odchudzającej, by odrobić zło. 

            Widzimy stąd, że w tej dziedzinie ludzie znajdują się jeszcze głęboko w stanie instynktownym, obdarzeni są jeszcze jakby pewnym darem bożym, tj. instynktownym wyczuciem, chroniącym od zbytniego nadużywania zarówno w jedną, jak i w drugą stronę. Ale jak człowiek utracił inne właściwości instynktowne, tak utraci i tę właściwość przy przejściu z V-go do VI-go okresu poatlantydzkiego. Tej właściwości w postaci naturalnej tendencji zostanie on pozbawiony. Możemy sobie zdać teraz sprawę z tego, jak bardzo poglądy antropozoficzne mogą się przyczynić do stopniowego rozwoju świadomości w tej dziedzinie. Dziś niewiele osób, nawet wśród doświadczonych antropozofów zdaje sobie sprawę z tego, że Antropozofia jest drogą do zdobycia właściwej świadomości także i w tej dziedzinie. Gdy Antropozofia nabierze znaczenia i w tej dziedzinie, nastąpi coś, co można scharakteryzować jedynie w następujący sposób. Ludzie zaczną coraz bardziej odczuwać tęsknotę ku wielkim prawdom duchowym. Aczkolwiek dziś Antropozofia jest przedmiotem kpin, stan taki nie będzie trwał wiecznie. Ruch antropozoficzny będzie się rozpowszechniał, przezwycięży wszystkich przeciwników i wszelkie przeszkody. Antropozofowie nie będą się zadawalali głoszeniem ogólnych zasad miłości bliźniego. Ludzie zdadzą sobie sprawę z tego, że niemożna  przyswoić sobie Antropozofii w ciągu jednego dnia, tak samo jak nie można w ciągu jednego dnia najeść się na całe życie – lecz, że stopniowo, coraz bardziej należy się w nią wgłębiać. W ruchu antropozoficznym coraz rzadziej słyszeć będzie można twierdzenie: to są nasze zasady, o ile je wyznajemy, jesteśmy antropozofami. Ważne jest bowiem to, by odczucie żywego impulsu antropozoficznego szerzyło się coraz bardziej i wcielało w życie. Ale cóż zachodzi wtedy, kiedy człowiek przepracowuje w sobie myśli, uczucia i impulsy, jakie czerpie z Antropozofii? Poglądy materialistyczne nie mogą być, jak wiadomo, nigdy poglądami antropozofów. W sposób materialistyczny myśli ten, kto twierdzi, że gdy człowiek ma tę czy inną myśl, w mózgu odbywa się pewien ruch molekuł, czy atomów. Rezultatem tego ruchu na być myśl. Unosi się ona w mózgu, jakby subtelny dym czy płomień świecy. Taki jest pogląd materialistyczny. Pogląd zaś antropozoficzny jest biegunowo różny. Mianowicie myśli i przeżycia duchowe wprowadzają w ruch mózg i system nerwowy. Od naszych myśli zależy, jakim ruchom podlega nasz mózg. Ale taki pogląd jest biegunowo różny od poglądu materialistycznego. Chcąc dowiedzieć się jak przedstawia się mózg danego osobnika, zbadać muszę jakie miał myśli, gdyż podobnie jak druk w książce nie jest niczym innym, niż śladem myśli, tak samo ruchy mózgu są także ich rezultatem. 

            Czyż stąd nie wynika, że inaczej wygląda mózg, gdy człowiek przeżywa myśli antropozoficzne, niż gdy przebywa w towarzystwie ludzi grających w karty? Inne procesy rozgrywają się w waszych duszach gdy śledzicie myśli antropozoficzne, niż wówczas, gdy gracie w karty, lub jesteście w kinie. W organizmie ludzkim nie ma nic odosobnionego, wszystko znajduje się we wzajemnej zależności, jedno oddziaływuje na drugie. Myśli oddziaływują na mózg i na system nerwowy, które to są uzależnione od całego organizmu. Dla wielu jest to jeszcze ukryte, ale gdy zostaną przezwyciężone właściwości dziedziczne, tkwiące dotychczas w organizmie, wówczas zajdzie rzecz następująca: myśli z mózgu będą oddziaływały na inne organy, np. na żołądek, skutkiem czego pewne potrawy będące dziś w ogólnym użyciu, nie będą już odpowiadały ludziom, przenikniętym myślami antropozoficznymi. Albowiem myśli antropozoficzne są myślami boskimi. Oddziaływują one na cały organizm człowieka w taki sposób, że wyłącznie to, co jest dla niego odpowiednie będzie mu smakowało. Nieodpowiedni zaś pokarm będzie wydzielał woń i człowiek nie będzie miał na niego ochoty. Otwierają się tu osobliwe perspektywy, które wydać się mogą natury materialistycznej, ale w istocie jest wprost przeciwnie. 

            Ujawnienie się apetytu tego rodzaju, że do jednych pokarmów czuć będziemy pociąg, do drugich zaś odrazę, będzie jednym z wyników pracy antropozoficznej. Macie może możliwość zaobserwowania na sobie, że do pewnych potraw odczuwacie odrazę, której nie mieliście przed rozpoczęciem pracy antropozoficznej. Objaw ten rozwijać się będzie coraz bardziej w miarę tego, jak człowiek w sposób niesamolubny będzie pracował nad swym wyższym rozwojem tak, by móc dać światu to, co dać powinien. Jednak pojęć: bezinteresowność, egoizm nie należy stosować po omacku. Łatwo ich, bowiem nadużyć. Nie jest to tylko bezinteresownością, gdy ktoś powiada: pragnę pracować wyłącznie w świecie i dla świata. Mój rozwój własny nie jest rzeczą ważną. Pragnę pracować bez żadnych dążeń egoistycznych. Dążenie do własnego wyższego rozwoju nie jest bynajmniej egoizmem, gdyż człowiek dzięki temu staje się bardziej zdolny do czynnego udziału w dalszym rozwoju świata, zaniedbując zaś swój rozwój, staje się bezużyteczny dla świata, pozbawia go swych sił. Pod tym względem należy również czynić to, co jest właściwe, aby rozwój nasz poszedł po linii zamierzeń boskich. W ten sposób za sprawą Antropozofii rozwinie się nowa ludzkość, ściśle mówiąc, zarodek nowej ludzkości. Ci ludzie już nie tylko instynktownie uważać będą wstrzemięźliwość za ideał szczytny, lecz nadto odczuwać będą świadomy pociąg do tego, co czyni człowieka pełną godności cegiełką w boskim porządku świata, świadomą zaś odrazę do tego, co wpływa niszcząco na człowieka, jako na cząsteczkę tego świata. 

            Widzimy, że we wszystkim, co wypracowuje się w człowieku, czynne są impulsy moralne oraz, że cnotę wstrzemięźliwości spotykamy przekształconą w to, co nazwać by można mądrością życiową. Ideał mądrości życiowej jest tą cnotą, którą Platon nazywa sprawiedliwością i która polega na harmonijnym współdziałaniu ze sobą wszystkich cnót. Będzie ona rościła sobie prawo do ideału mądrości życiowej w następnym, VI-tym okresie poatlantydzkim. Wobec tego, że z biegiem rozwoju ludzkości, cnoty uległy pewnemu przesunięciu, zmieniło się też w pewnym stopniu to, co w czasach przedchrześcijańskich uważano za cnotę. Taka cnota wprowadzająca harmonię wśród pozostałych cnót, nie istniała w owych czasach. Harmonię cnót ludzie dostrzegali tylko w wizji najodleglejszej przyszłości. Impuls moralny odwagi przekształcił się, jak widzieliśmy, w impuls miłości. Widzieliśmy też jak mądrość może przekształcić się w prawdomówność. Rzetelność jest przede wszystkim tą cnotą, która stawia człowieka w godny i właściwy stosunek do świata zewnętrznego. Ale w jaki sposób zdołamy osiągnąć prawdę w stosunku do spraw natury duchowej? Drogą prawdziwego zainteresowania i należytego rozumienia dochodzimy do prawdy, do tej cnoty, która rozpłomienia duszę odczuwającą. Lecz w jaki sposób wyraża się to zainteresowanie w stosunku do świata duchowego? Dochodzimy do tego, rozwijając w sobie uczucia szczególnego rodzaju, mianowicie te uczucia, które ujawniły się w czasach, kiedy dawna mądrość instynktowna pogrążyła się w głębiach duszy. Tego rodzaju uczucia Grecy określali nieraz twierdząc, że punktem wyjścia wszelkiego filozofowania jest uczucie zdziwienia, zachwytu. Stwierdzając, że uczucie zdziwienia, zdumienia jest punktem wyjścia dla naszego stosunku do świata duchowego, wypowiadamy ważną prawdę moralną. Wielkie zjawiska przyrodnicze nie wywierają silnego wrażenia na dzikim, nieokrzesanym człowieku. W miarę swego rozwoju duchowego człowiek uczy się wykrywać tajemnice w zjawiskach codziennych oraz dostrzega, że za nimi kryją się siły duchowe. Zdumienie skierowuje duszę ku dziedzinie duchowej i umożliwia jej poznanie. Warunkiem poznania jest, aby poznawany obiekt pociągnął naszą duszę. Pociąganie to jest właśnie czynnikiem budzącym zachwyt, zdumienie i wiarę. Jedynie zachwyt, zdumienie i to, co nazywany wiarą, mają moc skierowywania naszej duszy ku światom duchowym. Wiara, zachwyt, zdumienie są tymi siłami duszy, które nas wyprowadzają poza świat codzienny. 

            Człowiek, budząc w nas uczucie zdumienia, budzi w nas równocześnie chęć zrozumienia go. Dzięki zaś zrozumieniu istoty człowieka, dochodzimy do cnoty braterstwa. Tę cnotę najlepiej wcielamy w życie, gdy z czcią traktujemy każdego człowieka. Dochodzimy do zrozumienia, że do każdej istoty ludzkiej odnosić się należy z szacunkiem. Przy takiej postawie moralnej stajemy się coraz bardziej rzetelni. Przestrzeganie prawdy stanie się dla nas obowiązkiem. Skoro to osiągniemy, poznanie świata duchowego będzie nas pociągało, a dzięki temu poznaniu zdobędziemy świadomą mądrość duchową, mądrość duchową, która obecnie w formie nieuświadomionej przenika już głębie dusz ludzkich. Dopiero wówczas, gdy nieuświadomiona mądrość duchowa już zanikła, zostały wypowiedziane słowa, że punktem wyjścia filozofii jest uczucie zdumienia, zachwytu. Stąd wynika, że zdumienie, zachwyt pojawiły się w rozwoju równocześnie z zejściem impulsu Chrystusowego na Ziemię. 

            Drugą z kolei cnotą jest, jak już wspomnieliśmy, miłość. Zastanówmy się nad tym, co oznaczyliśmy mianem instynktownej wstrzemięźliwości dla czasów współczesnych, a mądrością życiową dla czasów przyszłych. Cnoty te odnoszą się do stosunku człowieka do samego siebie. Chodzi o te czyny człowieka, które mają na celu troskę o samego siebie. Z tego powodu trzeba znaleźć obiektywny miernik wartości. 

            Otóż dostrzegamy, że obecnie wyłania się sumienie i coraz bardziej rozwija się to, co już nieraz poruszałem, wychodząc z innych punktów widzenia. Sumienie pojawia się po raz pierwszy w IV-tym okresie poatlantydzkim, mianowicie u Greków. Możemy stwierdzić, że w dawnych dramatach greckich, np. u Ajschylosa, Erynie i Furie odgrywały rolę, która u Eurypidesa przekształciła się w sumienie. Stąd widzimy, że w pradawnych czasach nie istniało jeszcze to, co nazywany sumieniem. Sumienie jest przede wszystkim czynnikiem normującym nasze postępowanie wówczas, gdy nadmiernie troszczymy się o siebie samych i zbytnio mamy na uwadze naszą własną korzyść. Sumienie działa jako czynnik normujący w przejawach naszej sympatii i antypatii. 

            Sumienie przedstawia czynnik bardziej obiektywny i zewnętrzny w porównaniu do cnót: prawdomówności, miłości i praktycznej mądrości. Miłość znajduje się pośrodku i działa, jako czynnik, który winien przenikać całe życie, także i życie społeczne. Miłość winna również działać regulująco na wszelkie wewnętrzne impulsy człowieka. Prawda zaś, którą człowiek rozwinął, ujawnia się w wierze w świat duchowy. Mądrość życiową, która odnosi się do nas samych, winniśmy odczuwać, jako bosko-duchowy regulator, który podobnie jak sumienie, prowadzi drogą złotego środka. Gdybyśmy mieli ku temu czas, moglibyśmy bez trudu odeprzeć wszelkie zarzuty, jakie można by wysunąć. Ktoś np. mógłby zaoponować przeciwko twierdzeniu, że sumienie oraz zdumienie są właściwościami, które ludzkość nabyła dopiero w ciągu rozwoju, utrzymując, że są to wieczne atrybuty natury ludzkiej. Ale właśnie tak nie jest. Kto tak twierdzi, wykazuje, że nie zna właściwego stanu rzeczy. 

            Z biegiem czasu stanie się coraz bardziej oczywiste, że w pradawnej przeszłości człowiek nie zeszedł jeszcze tak głęboko na plan fizyczny, że jeszcze w większym stopniu był związany z impulsami boskimi. Wówczas człowiek znajdował się w takim stanie, do którego będzie znów świadomie dążył, kiedy w stosunku do planu fizycznego będzie się kierował w większy stopniu prawdą, miłością i mądrością życiową, a w stosunku do poznania duchowego – wiarą w światy duchowe. Wiara niekoniecznie bezpośrednio prowadzi do świata duchowego, lecz w końcu zostaje przekształcona w poznanie duchowe. Miłość, podobnie jak wiara, działa zewnętrznie. Sumienie jest czynnikiem regulującym w duszy świadomej. Wiara, miłość, sumienie – te trzy gwiazdy, te trzy siły, moralne, rozwiną się w duszy ludzkiej szczególnie za sprawą Antropozofii. Dojrzeć perspektywę moralną przyszłości jest zdolny jedynie człowiek wierzący w coraz większy rozwój tych cnót. Światopogląd antropozoficzny przedstawi w świetle tych cnót życie etyczne i będzie to siłą budującą na przyszłość.

            Zanim ukończymy nasze rozważania, poruszę tylko sprawę, która wymagałaby dłuższego omówienia. Wiemy, że dzięki Misterium Golgoty, impuls Chrystusowy wniknął do rozwoju ludzkiego i że organizm ludzki, składający się z ciała fizycznego, eterycznego i astralnego, otrzymał z góry impuls jaźni, jako impuls Chrystusowy. Ten to impuls waśnie przeniknął Ziemię i wpłynął do jej życia kulturalnego. Impuls ten, jako jaźń Chrystusa jest odtąd w niej obecny. Wiemy dalej, że ciało fizyczne, eteryczne i astralne pozostały w Jezusie z Nazaretu. Impuls Chrystusowy, jako jaźń, ożywiał je. Na Golgocie impuls Chrystusowy odłączył się od Jezusa z Nazaretu i wpłynął do rozwoju Ziemi. Rozwój tego impulsu jest równoznaczny z rozwojem samej Ziemi.

            Należy odnosić się z całą powagą do tych spraw, o których wspominamy wielokrotnie, aby stały się bardziej zrozumiałe. Świat, jak często słyszymy jest mają, złudzeniem, lecz człowiek musi przeniknąć prawdę, rzeczywistość tego świata zewnętrznego. Rozwój Ziemi polega w gruncie rzeczy na tym, że wszystkie obiekty zewnętrzne, które ukształtowały się w ciągu pierwszej połowy rozwoju Ziemi, znikną w drugiej połowie, w której obecnie żyjemy. Tak, że wszystko co widzimy zewnętrznie, fizycznie, odpadnie w rozwoju ludzkości tak, jak ciało fizyczne odpada z istoty ludzkiej. 

            Można by zapytać, co pozostanie wówczas? Pozostaną siły, rzeczywiste siły, w które człowiek został wyposażony w ciągu rozwoju ludzkości. A wśród tych impulsów, tych sił, najbardziej realny jest ten, który jako impuls Chrystusowy wpłynął do Ziemi. Ale impuls ten nie znalazł na razie nic, w co by się mógł przyodziać. Trzeba zatem, aby w ciągu dalszego rozwoju Ziemi znalazł odpowiednią osłonę. A gdy Ziemia dojdzie do swego ostatecznego celu, Chrystus w pełni rozwinięty będzie ostatnim człowiekiem, tak jak Adam był pierwszym człowiekiem, wokół którego skupiła się cała ludzkość w swej różnorodności. 

            W słowach: Co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnie uczyniliście – zawarte jest doniosłe wskazanie. Cóż bowiem czynimy dla Chrystusa? Wszelkie czyny, których dokonujemy w sensie impulsu Chrystusa, pod wpływem sumienia, wiary i zgodnie z poznaniem, oddzielają się od dotychczasowego biegu rozwoju Ziemi. Gdy człowiek swymi czynami, swą moralną postawą daje coś z siebie swym bliźnim, daje on równocześnie Chrystusowi. Za zasadę kierowniczą należy przyjąć regułę: Wszystko, co czynimy za pomocą sił będących przejawami wiary i ufności i będących rezultatem uczucia zdumienia, podczas gdy czynimy to równocześnie dla Jaźni Chrystusa, wytwarza dookoła Niego coś w rodzaju osłony i może być porównane z ciałem astralnym człowieka.

            Tworzymy ciało astralne dla Chrystusowego impulsu jaźni, za pomocą wszelkich czynów moralnych: zachwytu, ufności, czci i wiary, słowem za pomocą tego wszystkiego, co toruje drogę do poznania duchowego. Za pomocą postępków tego rodzaju przyczyniamy się do rozwoju miłości. Jest to całkiem w myśl przytoczonych słów: Co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnie uczyniliście.

            Tworzymy ciało eteryczne Chrystusa za pomocą czynów miłości, za pomocą zaś impulsów sumienia tworzymy dla impulsu Chrystusowego to, co odpowiada ciału fizycznemu człowieka. Skoro kiedyś w przyszłości Ziemia osiągnie swój cel, skoro człowiek pozna właściwe impulsy moralne, będące źródłem wszelkiego dobra, wówczas wyjaśni się misja impulsu Chrystusowego, który dzięki Misterium na Golgocie zstąpił na Ziemię, jako jaźń. Jaźń ta będzie wówczas otoczona ciałem astralnym, utworzonym przez przejawy wiary, zachwytu i zdumienia. Będzie też otoczona czymś analogicznym do ciała eterycznego, utworzonego z uczynków miłości, wreszcie przez coś na podobieństwo ciała fizycznego, utworzonego z czynów sumienia.

            Tak tedy współdziałanie moralnych impulsów człowieka z impulsami Chrystusowymi dokona przyszłej ewolucji ludzkości. Ludzkość ukazuje się nam w perspektywie czasów, jako wielki organizm. Gdy ludzie nauczą się włączać swe czyny w ten wielki organizm i będą postępkami swymi kształtować swe impulsy w formie jakby osłony wokół impulsu Chrystusowego, to utworzą podstawę dla wielkiej społeczności ludzkiej, przenikniętej impulsem Chrystusowym.

            Widzimy zatem, że zbyteczne jest głoszenie moralność z kazalnicy, lecz można ją uzasadnić na podstawie rzeczywistych faktów, które istotnie miały miejsce zarówno w przeszłości, jak w dobie obecnej. To co odczuwają ludzie o szczególnych właściwościach duchowych, potwierdza to w zupełności. Jest zdumiewające, że Goethe w roku 1828, tj., gdy był u schyłku swego życia, na 3,5 roku przed śmiercią, w dniu, gdy stracił swego przyjaciela księcia Karola Augusta, obok długiego listu o różnorodnej treści, napisał w swym dzienniku zastępujące, wysoce znamienne słowa: Cały rozumny świat rozpatrywać należy, jako wielkie nieśmiertelne indywiduum, które bezustannie dokonuje tego, co jest niezbędne, a skutkiem tego opanowuje nawet przypadkowość. Jakżeż myśl tego rodzaju mogłaby bardziej zyskać na konkretności, niż skutkiem tego, że przedstawiamy sobie owo indywiduum, jako żyjące, działające i tworzące wśród nas oraz, że w działaniu i tworzeniu sami się z nim łączymy. Dzięki Misterium Golgoty największa indywidualność zstąpiła na Ziemię w rozwój ludzki i ludzie, gdy świadomie pokierują swoim życiem w wyżej omówiony sposób skupią się wokół impulsu Chrystusowego tak, że wokół tej istoty wytworzy się jakby osłona.

            Pozostałoby jeszcze dużo do powiedzenia o cnotach z punktu widzenia antropozoficznego. Wiele ważnych rozważań można by przeprowadzić, zwłaszcza na temat prawdy w związku z karmą. Za sprawą Antropozofii bowiem idea karmy coraz bardziej musi wnikać w rozwój ludzkości. Człowiek będzie musiał w coraz większym stopniu nauczyć się tak urządzać swoje życie i tak nim kierować, aby jego cnoty odpowiadały jego karmie. Na zasadzie idei karmy człowiek dojść musi do zrozumienia ciążącego na nim obowiązku, że nie wolno zapominać o swych przeszłych postępkach które są przyczyną naszego następnego życia. Pewna konsekwencja życia, gotowość brania odpowiedzialności za popełnione czyny – to musi wynikać z rozwoju ludzkości. Jak dalecy jeszcze jesteśmy od tego ideału, dostrzeżemy, rozpatrując człowieka bliżej. To, że człowiek rozwija się poprzez swe czyny, które popełnia, jest faktem dobrze znanym. Jeśli więc wydaje się, że skutek jakiegoś czynu już nie istnieje, to wtedy to, co właściwie wzlnoby było tylko uczynić, gdyby nie uczyniono pierwszego czynu, czyni się. Okoliczność, że człowiek poczuwa się do odpowiedzialności za swoje postępki, że przyjmuje do swojej świadomości ideę karmy, mogłaby być przedmiotem dalszych rozważań. Ale idąc po linii wskazanej w tych trzech wykładach, sami dojdziecie do wielu jeszcze rzeczy, dostrzeżecie np. jak płodne są te idee, gdy je dalej będziecie rozwijać, ponieważ do końca rozwoju Ziemi człowiek będzie się ciągle na nowo inkarnował, zadaniem jego jest świadome prostowanie wszelkich błędów, popełnionych wskutek odchylenia się to w jedną, to w drugą stronę od wspomnianych cnót, tak, aby przywrócić stan równowagi. A dzięki temu stopniowo zostanie osiągnięty cel, który scharakteryzowaliśmy mówiąc o tworzeniu się osłon wokół impulsu Chrystusowego. 

            Tak mamy przed sobą nie tylko abstrakcyjny ideał powszechnego braterstwa, który wprawdzie za sprawą Antropozofii uzyskuje silne impulsy, lecz ponadto widzimy, że w naszym rozwoju ziemskim tkwi coś realnego, impuls, który dzięki Misterium Golgoty zszedł na świat. Ale wówczas odczuwamy również konieczność oddziaływania na duszę odczuwającą, rozumową i samoświadomą w taki sposób, aby ta idealna istota stała się rzeczywistością i abyśmy się z nią połączyli, jako z wielkim nieśmiertelnym jestestwem. Myśl, że tylko przez połączenie się z tym wielkim jestestwem, przez utworzenie z nim całości, leży możliwość dalszej ewolucji Ziemi i spełnienia się jej misji, znajduje swój wyraz w drugiej zasadzie moralnej, która brzmi: To, co czynisz tak, jak gdyby było zrodzone jedynie z ciebie samego oddala cię od wielkiego jestestwa, skutkiem czego coś niszczysz. To jednak co czynisz, aby budować to wielkie nieśmiertelne  jestestwo w wyżej wymieniony sposób, przyczynia się do dalszego rozwoju, do postępu całego organizmu świata.

            Wystarczy zwrócić uwagę na te dwie myśli, aby przekonać się, że one nie tylko głoszą moralność, ale ją uzasadniają. Myśl bowiem że niszczysz swymi siłami coś, co winieneś budować, jest straszna, pełna grozy i skutkiem tego zdolna jest stłumić wszelkie przeciwne pożądania. Natomiast myśl, że przyczyniasz się do budowy tego nieśmiertelnego jestestwa, stajesz się jego członem – pobudza do czynów dodatnich, dając silne impulsy moralne. Tą drogą moralność nie jest tylko głoszona, lecz ponadto uwaga zostaje skierowana na myśli, które same stać się mogą impulsami moralnymi i dać podstawę moralności. Im bardziej kult prawdy będzie rozwijany, tym szybciej Antropozofia ugruntuje taką moralność. Wypowiedzenie powyższej prawdy postawiłem sobie za zadanie w tych wykładach. Wprawdzie o nich jednie mogłem tylko napomknąć, ale niektóre myśli tutaj poruszone będziecie mogli sami dalej rozwinąć. W ten sposób będziemy ze sobą ściśle związani na całym świecie. Gdy się znów zjedziemy w celu wspólnych rozważań, jak to uczyniliśmy teraz, jako antropozofowie centralnej i północnej Europy i gdy myślom poruszonym na tych zebraniach pozwolimy dalej żyć w naszych duszach, dostrzeżemy, że Antropozofia już w dzisiejszych czasach zakłada podwaliny dla prawdziwego życia duchowego. Mimo, że znów musimy się rozjechać, będziemy mieli świadomość, że w naszych myślach antropozoficznych jesteśmy jak najściślej ze sobą związani i to przeświadczenie jest równocześnie impulsem moralnym. Świadomość, że wiąże nas wspólny ideał, choć z reguły jesteśmy od siebie przestrzennie rozdzieleni i tylko przy szczególnych okazjach się zjeżdżamy, stanowi silniejszy impuls moralny, niż stałe przebywanie ze sobą.

            Dzięki temu, że w taki sposób traktujemy nasze zjazdy i nasze wspólne rozważania, duszę moją przenika przy końcu tych wykładów uczucie, które chciałbym, aby znalazło wyraz w moim pożegnaniu z wami. Jestem przekonany, że o ile to uczucie będzie zrozumiane we właściwy sposób, rozwijające się życie antropozoficzne będzie miało silną podstawę duchową, Tą myślą, tym uczuciem zakończmy obecne rozważania. 

close

NEWSLETTER

ZAPISZ SIĘ I OTRZYMUJ COTYGODNIOWY NEWSLETTER O NOWOŚCIACH NA STRONIE ANTROPOZOFIA.NET

Nie spamujemy! Przeczytaj naszą politykę prywatności.

Możesz również polubić…

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x