Kuszenia Chrystusa Jezusa

Emil Bock: Die Drei Jahre. Fragmenty z rozdziału drugiego:  Der Beginn der Christus-Wirksamkeit dotyczące kuszenia Chrystusa Jezusa (Mt 4,1; Łk 4,1; Mk 1,13). tłumaczyła Irena Semeniuk

Wiara w cuda i krytyka

Kim jest Chrystus, o tym od wielu stuleci nie pamięta już nawet chrześcijaństwo. Zapomnienie to sięga czasów Konstantyna Wielkiego, kiedy ogłoszono chrześcijaństwo religią państwową. Już wtedy teologowie zaczęli wieść spory o to, czy Chrystus jest natury boskiej czy ludzkiej. Większość chrześcijan mogła odtąd opierać swą wiarę w boskość Chrystusa jeszcze tylko na wierze w tzw. „cuda Jezusa”. W końcu jednak zachwiała się także i ta wiara.

            Od przeszło dwustu lat problem cudów dzieli chrześcijan na dwie grupy. W jednej są ci, którzy „wierzą w cuda”, a w drugiej, ci którzy im zaprzeczają, bądź to tłumacząc opowiadania o cudach jako pobożne legendy, którymi pierwsze gminy chrześcijańskie chciały uświetnić Chrystusa, bądź też objaśniając cuda racjonalistycznie, czy symbolicznie. Wynika stąd zawsze zaprzeczenie cudu, niezależnie od tego, czy, jak to się zdarzało przy końcu osiemnastego wieku, wędrówkę po morzu objaśnia się tym, że Chrystus stał na płynącej, niewidocznej dla oczu uczniów belce, czy kiedy cud w Kanie tłumaczy się w ten sposób, że Chrystus wodę religii żydowskiej zmienia w wino religii chrześcijańskiej, czy wreszcie, kiedy zarówno wędrówkę po morzu, jak i cud w Kanie traktuje się jako legendy. Jako przesądodczuwają krytycy postawę tych, którzy upierają się przy cudach. I odwrotnie, jako niewiaręodczuwają ci ostatni stanowisko krytyków.

            Można zrozumieć niepokój tych, którzy próbują w dawny sposób trzymać się opowiadań o cudach i każde ich naruszenie odczuwają jako niewiarę. Bowiem istotnie traci całą Ewangelię ten, kto traci z niej choćby fragment. Można mieć Ewangelię całą albo nie mieć jej wcale. Kto zaprzecza jakimś jej częściom, widząc w nich np. tylko legendy, ten faktycznie zaprzecza całości. Dla większości chrześcijan utrata Ewangelii i Biblii stała się od dawna faktem dokonanym. A utrata Ewangelii jest symptomem wygaśnięcia chrześcijańskiego świata wyobrażeń w ogóle. Ma zatem rację pogląd, który widzi element areligijny i „niewiarę” w rozszerzającym się coraz bardziej krytycznym sposobie myślenia

o Ewangelii.

            Byłoby z drugiej strony ślepotą niedostrzeganie słuszności i konieczności badań krytyczno-intelektualnych. Stadium przejściowe, kiedy ludzie czują się myślowo bardziej zobowiązani wobec praw przyrody niż wobec opowiadań o cudach biblijnych było i jest konieczne w rozwoju ludzkiego ducha. Człowiek współczesny musi odrzucić sytuację, w której mierzy się jego pobożność ilością cudów w jakie wierzy, nawet gdyby wolność myślenia musiał opłacić utratą Ewangelii. Reakcja tych, którzy widzą „przesąd” w ciągle jeszcze często spotykanej bezkrytycznej wierze w cuda jest tak samo prawidłowa, jak i tych którzy widzą „niewiarę” w nowoczesnym, krytycznym sposobie myślenia, który cudom zaprzecza. Droga do odzyskania Ewangelii, a przez to chrześcijańskiego światopoglądu prowadzi, jak między Scyllą i Charybdą, pomiędzy niewiarą a przesądem.

            Przyczyna konfliktu między oboma podejściami do sprawy cudów leży w materialistycznym światopoglądzie, który tkwi ukryty zarówno w jednym jak i w drugim podejściu. Jest on tym samym źródłem błędów w obu stanowiskach. Dlatego żadne albo-albo między obiema postawami nie może doprowadzić do rozwiązania zagadki. Materializm w nawykach myślowych zupełnie nie dopuszcza pytania, czy Ewangelia ma na myśli jakiś proces zmysłowy, czy też nadzmysłowy lub przynajmniej zmysłowo-nadzmysłowy. Nie dopuszcza tego pytania, ponieważ nie zna pojęcia zdarzenia nadzmysłowego i nie może sobie pod tym pojęciem niczego wyobrazić.

            Do celu i prawdy Ewangelii odnośnie tzw. opowiadań o cudach docieramy tylko wtedy, kiedy odrzucamy nawyki myślowe materializmu i w szczerym dążeniu do poznania wypracowujemy sobie pojęcie realnych procesów duchowych. Wtedy takie wydarzenia jak np. wędrówka Chrystusa po morzu rozpoznamy jako proces przeżyty przez widzące dusze uczniów. „Cuda” przestają być wtedy cudami w potocznym sensie tego słowa. Można przez nie natomiast wejrzeć w cały wyższy świat, który postrzegać oznacza coś nieskończenie bardziej cudownego, niż kosztem myślenia wierzyć w „cuda”. Tak zwane „cuda Jezusa” nie są (aby użyć słów Rittelmayera z książki o Jezusie) żadnym przekroczeniem praw przyrody. Są one jednak w pełni przebiciem się do wyższych praw bytu. Wiara w cuda w dawnym sensie zasłania widok Chrystusa równie skutecznie, jak krytyczna niewiara.

Kiedy przez relacje Ewangelii dotyczące scen z życia Jezusa rozumiemy objawienie się wyższych światów, ten widok nam się odsłania. A w miejsce wielu pojedynczych cudów jawi się jeden centralny cud losów ludzkości polegający na tym, że Chrystus stał się człowiekiem; cud samej istoty Chrystusa.

            Klasyczny argument przeciw utartej wierze w „cuda Jezusa” jest zawarty w samej Ewangelii, w relacji o trzykrotnym kuszeniu Jezusa na pustyni. Widzieć w Chrystusie cudotwórcę i maga w rodzaju Apoloniusza z Tiany byłoby w rzeczywistości pomniejszeniem jego istoty. Gdyby Chrystus czynił cuda w potocznym sensie tego słowa, znaczyłoby to, że na koniec uległ pokuszeniu, które przezwyciężył w czasie 40 dni na pustyni. Bowiem, o cóż innego starały się siły kusiciela, niż o to, by Chrystus wykorzystał swą boską moc magicznie:

  • w działaniu na otaczający go świat materialny (by przemienić kamienie w chleb),
  • w działaniu na ludzkie dusze (stać się panem świata),
  • w działaniu na własną istotę (rzucić się ze szczytu świątyni w dół).

Czynienie „cudów” nie leżało w istocie i zamiarach Chrystusa. Jego wielkość polegała na tym, że nie uczynił żadnego „cudu”, chociaż bardziej niż ktokolwiek inny był w stanie to zrobić. Chrystus chciał stać się człowiekiem aż do końca. Tylko dzięki temu stał się jednocześnie bratem wszystkich ludzi i ich zbawicielem.

            Drugim klasycznym argumentem odpierającym wiarę w „cuda Jezusa” jest opis postępowania Chrystusa dany przez Pawła w 2 rozdziale listu do Filipian: „Każdy niech tak postępuje, jak Chrystus Jezus, który chociaż był boskiej natury, przecież nie rościł sobie prawa do boskości, lecz sam się jej pozbył i przyjąwszy postać sługi, stał się podobny każdemu innemu człowiekowi, ludzki w każdym przejawie swego życia. Sam się uniżył i wziął na siebie prawa ludzkiego bytu włącznie ze śmiercią. A była to śmierć krzyżowa

(2, 5-8).

            Teologowie, zgodnie jak nigdy, doszli do wniosku, że historia kuszenia zaprzecza wierze w Jezusa „cudotwórcę”. Jednak ci, którzy wierzyli w cuda, nie byli zainteresowani tym, by w samej Ewangelii znajdować coś, co przeczyło ich światopoglądowi. Natomiast nowoczesne, krytyczne umysły zaliczyły historię kuszenia do abstrakcji, tak jak i relacje o cudach. Wyważenie wielkich drzwi do prawdziwego zrozumienia Chrystusa, do którego dochodzi się rozważając kuszenie i cuda łącznie, przypadło w udziale pisarzowi. Uczynił to mianowicie Dostojewski w „Legendzie o wielkim inkwizytorze” zawartej w powieści „Bracia Karamazow”. Legenda ta opowiada, co następuje:

            W Sewilli, w okresie inkwizycji spalono właśnie na stosie stu kacerzy. Wtedy zjawił się na ulicach miasta w swej ziemskiej postaci człowieczej Chrystus. Litując się nad cierpiącą ludzkością, zstąpił jeszcze raz na krótki czas na Ziemię. Ludzie rozpoznają go od razu i garną się do niego. Chrystus uzdrawia chorych i błogosławi cierpiących. Wtedy nadchodzi wielki inkwizytor, zimny, dziewięćdziesięcioletni starzec. Na dany przez niego znak Chrystus zostaje pojmany i wtrącony do więzienia. I tam, w więzieniu inkwizytor przychodzi do Chrystusa i mówi: „Ty to Ty? Ty? – nie odpowiadaj, milcz… Nie masz zresztą prawa dodawać ani słowa do tego, coś ongiś był powiedział. Po cóż żeś przyszedł nam przeszkadzać?”

I dalej starzec rozwija przed Chrystusem swoje myśli, myśli wielkiego inkwizytora: Dobrze się stało, że Twoje dzieło przeszło na nas – mówi. My liczymy się bardziej ze słabością i nikczemnością ludzi niż Ty. Ty chciałeś dać ludziom najbardziej nieszczęsny dar świata – wolność. My wiemy, że człowiek nie chce wolności, lecz pragnie słuchać i być niewolnikiem. Ty odrzuciłeś wezwanie, które skierował do Ciebie na pustyni „straszliwy i mądry duch”, abyś przemienił kamienie w chleb. My wszakże wiemy, że ludzie chcą chleba, a nie ducha. My widzimy, że popełniłeś fatalny błąd, kiedy nie poszedłeś za radą ducha, który do Ciebie mówił. Dlatego poszliśmy za nim, a nie za Tobą, aby być przez to lepszymi zarządcami Twego dzieła, niż Ty sam to potrafiłeś. Cóż w przeciwnym wypadku „ stanie się z milionami i miliardami istot, które nie będą miały tyle siły, by wzgardzić chlebem ziemskim dla niebieskiego? Czy może drogie są Tobie tylko te dziesiątki tysięcy wielkich i silnych?”

W imię Twojej idei wolności odrzuciłeś wyzwanie, by uczynić cud. „…spodziewałeś się, że idąc za Tobą, człowiek będzie z Bogiem, nie będzie potrzebował cudu. Ale nie wiedziałeś, że ledwo człowiek odrzuci cud, natychmiast odrzuci Boga, albowiem człowiek nie tyle szuka Boga, ile cudu. I ponieważ, nie może żyć bez cudu, więc stworzy sobie nowe cuda, już własne i kłaniać się będzie wszelkim sztukom czarodziejskim… Nie zszedłeś z krzyża, gdy wołano natrząsając się i drwiąc z Ciebie: „Zejdź z krzyża, a uwierzymy, żeś to Ty. Nie zszedłeś, ponieważ nie chciałeś zniewolić człowieka cudem i pragnąłeś wiary wolnej, a nie wiary przez cud. Pragnąłeś wiary wolnej, a nie pokornego zachwytu niewolnika wobec potęgi, która go raz na zawsze przejęła grozą. Ale i w tym zbyt wysokie miałeś mniemanie o człowieku, który jest przecież niewolnikiem…” … „oto nasza tajemnica! Dawno już nie jesteśmy z Tobą, lecz z nim! Przyjęliśmy z jego rąk , to coś Ty z oburzeniem odrzucił, ów ostatni dar, który Ci ofiarował, pokazując Ci wszystkie królestwa ziemskie: przyjęliśmy od niego Rzym i miecz Cezara…. Czemuś odrzucił ów ostatni dar? Przyjąwszy trzecia radę potężnego ducha, dokonałbyś wszystkiego, czego człowiek szuka na Ziemi…”

            Dostojewski dotyka tutaj właściwej tajemnicy istoty Chrystusa i historycznego chrześcijaństwa. Wielki inkwizytor idzie poprzez wszystkie epoki rozwoju chrześcijaństwa, czasem w sposób bardziej ukryty, czasem bardziej widoczny. Chce ludziom głosić Chrystusa, który wychodzi naprzeciw ludzkiej słabości. Dlatego w miejsce Chrystusa przezwyciężającego trzykrotne pokuszenie stawia takiego, który czyni cuda w dziedzinie zmysłów. Wielki inkwizytor miesza materializm w pojęcia, które człowiek wytwarza sobie o Ewangelii, a szczególnie o cudach w Ewangelii i fałszuje tym samym obraz samego Chrystusa. A rzekome, liczne cuda zasłaniają jeden, centralny cud istoty Chrystusowej.

 

Kuszenie

            Wielkość Chrystusa polega na tym, że wyrzekł się wszelkiej boskiej chwały. Zrezygnował z ponadludzkiej wielkości, która była jego własnością i zstąpił na niziny, na których także inni ludzie muszą szukać swych dróg. Klasyczne słowa listu do Hebrajczyków, że Jezus, tak jak i inni ludzie musiał przeżyć pokuszenia nie świadczą bynajmniej o jakiejś związanej z jego istotą słabości, lecz o tym, że chciał stać się człowiekiem i określił swój zamiar od podstaw: ”Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, któryby nie mógł naszych współodczuwać słabości, lecz doświadczonego na podobieństwo nas we wszystkim oprócz grzechu” (4,15). To, że Chrystus doznaje na pustyni trzykrotnego kuszenia nie wynikło stąd, że był słaby, lecz stąd, że chciał wziąć na siebie słabości natury ludzkiej, tak jak cały inny los ludzkości. Mimo to można w kuszeniu Jezusa odczytać głębokie prawidłowości, z których w gruncie rzeczy wynikają wszelkie pokuszenia, jakich musi doznawać człowiek.

            To trzykrotne kuszenie nie przychodzi do Jezusa z zewnątrz, lecz wynurza się z wnętrza, kiedy boskie jestestwo Ja wniknęło w ludzkie osłony i teraz napotyka w nich na zasadniczy tragizm ludzkiego bytu. Dzisiejszy człowiek, który zatracił zdolność uwzględniania przeżyć nadzmysłowych i ich wewnętrznej prawidłowości, sądzi, jeśli w ogóle dopuszcza jeszcze ewangelijny opis, iż diabeł przystąpił do Jezusa z Nazaretu z zewnątrz. Jednocześnie zbywa on zapewne naiwną, właściwą dawnej epoce wiarę w demony, o której mówi Ewangelia, jako fantastyczny przesąd.

            Istotą krajobrazu, w którym Jezus przebywa w ciągu 40 dni, aby w samotności zastanowić się nad sobą, jest to, że zewnętrzna przyroda całkiem tam milknie. Świat zewnętrzny sam się wycofuje ze stromych, śmiercionośnych zboczy pustyni Juda. Przestaje wywierać wpływ na człowieka. Człowiek jest skazany jedynie na własne wnętrze. I tak należy właśnie rozumieć kuszenie Jezusa; we wnętrzu jego duszy budzą się siły, które od razu dają się poznać jako obce i które, na koniec w wyraźnym widzeniu przybierają postać sił przeciwnika.

            Najważniejszym kluczem do historii kuszenia jest to, że następuje ono bezpośrednio po chrzcie w Jordanie, a zatem nie w momencie słabości, lecz w nowym stanie najwyższej łaski i siły. Wyzwala je nie człowieczeństwo Jezusa, lecz boskość Istoty Chrystusowej, która oto zstąpiła w byt ziemski. Przed chrztem w Jordanie nie mogło być mowy o takim kuszeniu. W ciągu minionych trzydziestu lat chodził po ziemi w postaci Jezusa z Nazaretu nie tylko człowiek wysoko stojący moralnie, lecz najdojrzalsza i najczystsza indywidualność, jaka w ogóle istniała w ludzkości. Teraz, kiedy zamieszkał w duszy Jezusa Bóg, kiedy istota ludzka staje się nosicielem Boga, pojawia się kuszenie. Zrazu jesteśmy skłonni myśleć, że nic nie może tak bardzo wynieść człowieka ponad wszelkie słabości i pokusy niż zamieszkanie Boga w jego duszy. I tutaj stajemy przed wielką tajemnicą: oto kuszenie zaczyna się w rzeczywistości w ogóle dopiero wraz z cudem tego zamieszkania. Burzę pokuszeń wywołuje właśnie ten wielki, wzniosły niebiański element, który wraz z Ja Chrystusa objawia się na Ziemi.

            Po przemianie wywołanej przez chrzest w Jordanie, wyłaniają się w duszy Jezusa możliwości, których poprzednio nie miał, lecz których także nie miał za Ziemi przedtem żaden człowiek. Treścią kuszenia stają się obrazy tego, czego mógłby dokonać, gdyby zechciał posługiwać się tymi możliwościami w sposób nieograniczony. Dzięki sile panowania swego ducha i woli Chrystus Jezus widzi jednocześnie, że to moce przeciwnika wyczarowują przed nim te obrazy. Z pewnością mógłby on posłużyć się  swymi wysoko ponad ludzką miarę sięgającymi możliwościami, aby czynić cuda. Mógłby przemieniać kamienie w chleb, bez szkody rzucać się w dół z dachu świątyni i stać się panem świata. Ale odszedłby wtedy od zamysłu tej woli, która sprowadziła go z boskich wyżyn za Ziemię, by stał się człowiekiem. Chrystus stoi na pewnym wewnętrznym rozdrożu. Nie wątpi ani przez chwilę, że taka realizacja możliwości, jaką wyczarowują przed nim siły przeciwnika, oznaczałaby fałszywe użycie istniejących w nim bożych sił. Prawidłowe, zamierzone przez Boga użycie tych sił może nastąpić tylko wtedy, gdy je w pokorze całkowicie przekształci w to, co ludzkie, gdy je wniesie tak głęboko, jak to tylko możliwe w istotę człowieczeństwa, gdy je bez reszty wcieli i przez to wszczepi bytowi ludzkiemu jako zarodek przyszłości. Kiedy dusza Chrystusa Jezusa wypełnia się świadomością sensu i zadań własnego losu, staje się dla niej także jasny sens, jaki zgodnie z boską wolą ma ludzki byt w ogóle: urzeczywistnienie nieba na Ziemi, wcielenie ducha w ziemską materię.

            Istota kuszenia w życiu człowieka polega zawsze na tym, że powstaje popęd do fałszywego użycia możliwości wewnętrznych. Jest to zawsze złudzenie, kiedy się sądzi, że pokusa przychodzi z zewnątrz. Świat zewnętrzny, ku któremu kieruje się pragnienie duszy, odgrywa co najwyżej rolę tego rodzaju, że wyzwala pęd do fałszywego użycia jakiejś możliwości wewnętrznej. Kiedy wpadamy w pokuszenie, nie oznacza to w żadnym wypadku, że w rozwoju naszej istoty wkroczyliśmy w jakiś etap zastoju. Przeciwnie: w sposób niezauważony, czy raczej nawet półświadomy, życie nasze doszło do pewnego zenitu, gdzie chce w nas wniknąć coś z innej sfery. I tylko niezdolność naszej istoty do przyjęcia i zatrzymania tego, co byłoby dla nas błogosławieństwem i szczęściem, prowadzi do cofnięcia się w naszym rozwoju moralnym. Wszelkie zbłądzenia, w które możemy wpaść, aż do dramatycznie objawiających się zbrodni, są tylko niezrealizowanymi możliwościami wzniesienia się. Grzechy ludzkie są czymś więcej niż tylko upadkami; moralne zbłądzenia nabierają kosmicznego znaczenia przez to, że za każdym występkiem kryje się nieprzejawiona cnota. W tym momencie, kiedy człowiek spada w przepaść, mógłby  właściwie objąć kawałek nieba.

            W przyszłości do istotnie moralnego kierowania życiem będzie w szczególności należeć umiejętność zauważania takich nieuświadomionych a także przeżywanych świadomie przełomowych chwil życia zsyłanych nam przez los, bądź to przez wzbogacające przeżycia szczęścia, bądź też przez pełne bólu ciosy, które są często ważniejsze dla naszego rozwoju niż szczęście. Musimy się nauczyć, by we wszystkich takich chwilach przełomowych, do których doprowadzi nas los, w ciszy i spokoju wewnętrznym zastanowić się nad sytuacją.

Każda ofiarowana nam przez los, poprzez szczególne przeżycie, możliwość płonie z trzaskiem, gdy ten otrzymany nowy impuls wykorzystujemy tylko po to, by urzeczywistnić jakieś pełne wrażeń, krótkotrwałe plany. Zmiany na gorsze, które się przy tym dokonują spychają nas pod poziom właściwy nam przed przeżyciem, które nas spotkało. To, co mogłoby nas posunąć w rozwoju, stało się dla nas pokuszeniem.

            I tu Ewangelia ukazuje nam wielki prawzór i symbol: po przeżyciu zasadniczej przemiany, jaka dokonała się w nim w czasie chrztu w Jordanie, Jezus „odchodzi w ciszę”. W ciszy może uwewnętrznić i poddać prowadzeniu boskiego ducha to, co przepełnia teraz jego istotę. W przyszłości, do owocnego życia religijnego będzie konieczna przede wszystkim umiejętność znajdowania takich chwil wyciszenia się. Wszystkie prawdziwie religijne w chrześcijańskim sensie przeżycia będą zbliżeniem do tajemnicy zamieszkania Chrystusa, co Paweł ujmuje w słowa: „Nie ja lecz Chrystus we mnie”. Jeżeli pełna łaski boska siła, która wnika w ludzką duszę ma wydać owoce w naszym życiu, to musimy przez świadomie pielęgnowany spokój wewnętrzny i ciszę umożliwić jej drogę do głębszych warstw naszej istoty.

Czterdzieści dni na pustyni

 

Aczkolwiek jest to przedsięwzięciem śmiałym, spróbujmy na podstawie poprzednich rozważań wyobrazić sobie tak, jakby szło tutaj o jakąś ludzką biografię, jak ukształtowało się życie Chrystusa w pierwszym rozstrzygającym odstępie czasu, bezpośrednio po chrzcie w Jordanie.

            Tych czterdzieści spędzonych samotnie dni wypełnia intensywne pogrążenie się w medytacji. Wyższa świadomość kosmiczna działa zrazu tak, że cała treść trzydziestoletniego życia Jezusa cofa się na pewną odległość owiana tchnieniem obcości. Ale medytacja i uświadomienie sobie własnej istoty muszą także mieć za treść ogląd wsteczny minionych trzydziestu lat. Ten wsteczny ogląd sprawia, że owo wyższe jestestwo Ja, które wniknęło teraz w duszę Jezusa, przyswaja sobie jego doświadczenia.

            Idzie tu przede wszystkim o owe osiemnaście lat, o których milczą Ewangelie. Osłaniają one tajemnicą okres czasu między historią o dwunastoletnim Jezusie odnalezionym w świątyni a chrztem w Jordanie. Możemy jednak sięgnąć do opisu Rudolfa Steinera dotyczącego tego okresu. W ciągu tych osiemnastu lat los zetknął dojrzewającego Jezusa z Nazaretu z trzema najważniejszymi prądami duchowymi istniejącymi wówczas w ludzkości. Każde z tych trzech spotkań wypełniło okres około sześciu lat. Rezultat nie mógł być inny niż trzykrotne rozczarowanie, ponieważ ludzie w swym duchowym zubożeniu doszli właśnie do punktu zerowego. Jedno po drugim nastąpiły rozczarowania w stosunku do judaizmu, pogaństwa i essenizmu, który był wówczas najważniejszym przedstawicielem ascetycznego okultyzmu.

            Najpierw w oglądzie wstecznym wyłania się okres poprzedzający 18-ty rok życia Jezusa. W tym okresie Jezus miał intensywny wgląd w dziedzinę życia starotestamentowego. Po owej Wielkanocy opisanej przez św. Łukasza kierownicy jerozolimskiego judaizmu zwrócili uwagę na niezwykłe zdolności i mądrość dziecka. Nie omieszkano dołożyć starań, by zaprowadzić Jezusa do szkoły teologicznej, aby tam wykształcić go na wielkiego uczonego prawa ojców. Ogromny trud Jezusa, by dojść do duchowych źródeł, z których czerpała ludzkość żydowska, okazał się daremny. W judaizmie spotkał Jezus tylko pewną kulturę religijną, która uległa już zupełnemu skostnieniu. Teologia, przy całym swym wyrafinowaniu, jest tylko suchą wiedzą związaną z intelektem. Jezus widzi, że otacza go świat religijnego intelektualizmu, który nie tylko sam jest bez życia, lecz także musi uśmiercić wszystko, co jeszcze jest żywe. Spotyka go zimny duch intelektu (Klugheit). Pierwsze wielkie rozczarowanie i zarazem pierwsze spostrzeżenie ludzkiego zubożenia polega na tym, że Jezus widzi, jak prawo religijne ojców daje ludziom śmierć zamiast życia, kamienie zamiast chleba.

            W tym momencie ogląd wsteczny nabiera charakteru aktualnego. Przed oczyma duszy Jezusa pojawia się we własnej postaci zimny duch intelektu, którego młody Jezus poznał kiedyś w jego działaniu. Jezus widzi Arymana, upiornego ciemnego ducha bezduszności (Seelenlosigkeit). A kiedy ogląd wsteczny przechodzi w tak wyraźny ogląd wewnętrzny, to ten ogląd wewnętrzny staje się jednocześnie pewnym proroczym oglądem przyszłości zarówno własnej, jak i przyszłości całej ludzkości. Jezus rozpoznaje, że ten sam zimny, martwy, a tylko inteligentny (kluge) duch, którego tchnienie poznał najpierw w judaizmie, w przyszłości doprowadzi ludzi do zdumiewających wynalazków, wraz z którymi coraz groźniej będzie jednak rosło niebezpieczeństwo śmierci duszy. Kiedyś w przyszłości Aryman wprowadzi epokę jedynie zewnętrznego traktowania przyrody i techniki. A im bardziej zdoła omamić ludzkość tym, że tylko na tej drodze może ona uzyskać chleb do jedzenia, tym bardziej będzie jej w rzeczywistości dawać do spożycia kamienie zamiast chleba. Dziś w epoce organizacji i maszyn możemy na podstawie własnych przeżyć zrozumieć perspektywy przyszłości, jakie ujrzał Jezus w wyniku pierwszego oglądu wstecznego. Niosące śmierć przekleństwo arymaniczności wypełnia się wokół nas.

            Ten upiorny widok wyzwala w Jezusie nową świadomość własnej misji wobec ludzkości i odważnego, zdecydowanego impulsu na przyszłość. Jezus odczuwa w szczególny sposób boskie siły, którymi rozporządza po przemianie, jaka zaszła w nim w czasie chrztu. Wie, że gdyby tylko zechciał, mógłby wyprzeć Arymana z pola działania. Swą boską wszechmocą mógłby dać ludziom to, co w przeciwnym wypadku w ciągu nadchodzących tysiącleci ofiaruje im Aryman za cenę wszelkiego ciepła i życia duszy. Mógłby to dać, ocaliwszy ich od pogrążenia się najpierw w potwornej nicości. Mógłby z góry uprzedzić wszelkie odkrycia i wynalazki ludzkiego ducha, gdyby uczynił cud przemiany kamieni w chleb. Ale w chwili gdy Jezus uświadamia sobie, że jest w stanie ten cud uczynić, staje się dla niego także jasne, że nigdy nie może tego chcieć. Uprawianie magii leży w jego możliwościach, ale nie przyszedł on po to, żeby być magiem lecz aby stać się człowiekiem i wziąć na siebie los właściwy każdemu innemu człowiekowi. Przyszedł na świat, by wnieść weń zarodek nowego życia wewnętrznego. Chrystus zasiewa w ludzkiej istocie ziarenko siły duchowej, która działając z ziemskiej cielesności będzie w stanie odbudować kiedyś fizyczne ciało człowieka. Miną może tysiąclecia zanim ten zasiew wzejdzie. Siły Arymana mogą podczas tych tysiącleci święcić jeszcze wiele triumfów; ważniejsze jest jednak, by ludzkie jaźnie (Menschen-Iche), wrastając cierpliwie w siłę Chrystusową, obudziły się do wolności, same coś zrobiły i przez to dojrzały, niż by przez jednorazowy boski akt przemienić martwe kamienie w chleb. Możliwości magii wyłaniające się przed jego duszą rozpoznaje Jezus jako pokuszenie Arymana, występującego ze sfery ciała fizycznego naprzeciw boskiemu Ja, które wniknęło w to ciało. Rozpoznanie tego pokuszenia sprawia, że powzięta w niebie od praczasów decyzja stania się człowiekiem uzyskuje także na Ziemi pełnię jasności i stanowczości. Nie poprzez magię odpiera Jezus moc Arymana. Jezus pozwala jej iść swoją drogą. Ale ziarno zasiane przez niego na Ziemi przez to, że stał się człowiekiem, stanie się w przyszłości, gdy Aryman będzie święcił swe największe triumfy, siłą, która może stworzyć przeciwwagę wobec potęgi śmierci.

            W oglądzie wstecznym wyłania się następnie to, co było treścią drugiej epoki, między dwunastym a trzydziestym rokiem życia. Wykonując proste rzemiosło stolarskie wędrował wtedy Jezus przez okolice Syrii i Fenicji, które graniczyły od północy z jego galilejską ojczyzną. Tam, w krainach pogańskich był świadkiem innego upadku ludzkości. Widział wewnętrzną pustkę i degenerację, w której pogrążał się coraz bardziej kult bogów w religiach przedchrześcijańskich. W miejscach świątyń, będących kiedyś ośrodkami świętego życia bogów, widział ludzkie dusze usychające z tęsknoty za tym, co utraciły. Widział, jak ludzie zbiegali się u ołtarzy pełni gorącej tęsknoty do pomocy z nieba. Ale nie było już kapłanów, którzy mogliby przywołać bogów na ziemskie ołtarze. Ludzkość objawiła się Jezusowi jako trzoda pozbawiona pasterza. A ołtarze były nie tylko puste. Zamiast świętych bogów władały wśród ludzi demony. Degeneracja przewodników duchowych wpędziła ludzi w niebezpieczeństwo stania się łupem całych hufców jestestw demonicznych. Widok niezliczonych zastępów duchów lucyferycznych opanowujących ludzi był przyczyną drugiego wielkiego rozczarowania w życiu Jezusa. Kult cezara ustanowiony właśnie  wówczas w Rzymie pociągnął za sobą falę obłędów cesarskich. I wtedy objawił się Jezusowi już nie zimny intelekt, lecz rozwiązła, gorąca istota namiętności. W samotności pustyni wyłoniły się znów przed duszą Jezusa wszystkie wstrząsające wrażenia, jakich doznał między osiemnastym a dwudziestym czwartym rokiem życia. I teraz także ogląd wsteczny nabiera charakteru aktualnego. Przed Jezusem występuje sam lśniący duch lucyferyczny pełen niezmiernej pychy z racji swego niemal nieograniczonego panowania nad duszami ludzkimi. To spotkanie wyzwala znów pewien impuls w duszy Jezusa. Jezus uświadamia sobie, że mógłby wystąpić przed pozbawioną przewodnika ludzkością. Promienny blask boskiej glorii, która teraz w nim zamieszkała, sprawiłby, że przyszłyby do niego niezliczone rzesze ludzi wypełnionych żarliwą tęsknotą ku prawdziwemu przewodnictwu. Mógłby ich wyrwać Lucyferowi i jego nieogarnionej wzrokiem świcie duchów nieczystych. Mógłby rozniecić w ludziach entuzjazm dla Boga. Ale w momencie, gdy Jezus uświadamia sobie, że gdyby tylko zechciał, mógłby zmusić Lucyfera do ustąpienia i sam stanąć jako przewodnik na czele całej ludzkości, w tym momencie staje się dlań także jasne to, czego jedynie może chcieć wśród ludzi: wie, że nie przyszedł by panować, lecz żeby służyć. Gdyby przez boską moc swej osobowości, zaspokoił tęsknotę ludzką do przewodnictwa duchowego, oznaczałoby to tylko wielką sugestię, narzucanie swych myśli. A kto dopuszcza się sugestii, ten panuje, jeśli nawet wydaje się, że pomaga. Tę wyłaniającą się przed jego duszą możliwość wzbudzającego entuzjazm przewodnictwa rozpoznaje Jezus jako pokuszenie samego Lucyfera, który unosi go na szczyt góry i chce mu złożyć u stóp okrąg ziemski. Mieszkające w nim teraz, w ludzkim ciele astralnym boskie Ja musi się spotkać z realną siłą lucyferyczną, której zamiarem było zawładnięcie astralnością całej ludzkości. W tym momencie wielki, kosmiczny impuls miłości, który Chrystus wnosi na Ziemię, uzyskuje także w jego ludzkiej istocie dusznej pełnię samoświadomości. Jezus wyraźnie rozpoznaje drogę, którą pójdzie. A droga ta prowadzi do Wieczernika na górze Syjon, gdzie Jezus zanim poda uczniom chleb i wino, najpierw umyje im stopy.

            W oglądzie wstecznym wyłaniają się na koniec lata, które bezpośrednio poprzedziły chrzest w Jordanie. Nazaret, z którego Jezus pochodził, był kolonią Esseńczyków. Przeżywszy rozczarowania związane z judaizmem i pogaństwem Jezus był dobrze przygotowany, by wejrzeć w ten szczególny świat i duchowość, jakie się ukształtowały w odizolowanym od świata klasztorze Esseńczyków. Ujrzał zdumiewające wyniki ascetycznego szkolenia, któremu się tam poddawano. Essenizm był ostatnią żywą gałęzią na drzewie okultyzmu. Surowe posty i ćwiczenia duchowe doprowadzały do godnej podziwu władzy człowieka nad całą swą istotą. Wśród Esseńczyków spotkał Jezus zarówno jasnowidzów jak i ludzi, którzy na sposób fakirów hinduskich byli panami nad siłą ciążenia swego ciała. Ale Jezus od pierwszej chwili zrozumiał jednostronność i fundamentalny błąd, jakie tkwiły u podstaw okultyzmu Esseńczyków. Jezus poznał, że takie szkolenie było możliwe tylko wtedy, gdy ludzie izolowali się od świata i żyli niby na jakiejś wyspie pozostawiwszy resztę świata sobie samej. Odrzuciwszy wszystko to, co łączy z ziemią, Esseńczycy stworzyli sobie wyjątkowe prawa, wśród których, uzyskiwane przez nich sensacyjne możliwości nie były ostatecznie żadną zasługą. Izolację Esseńczyków Jezus odczuł od razu jako krzywdę wobec ludzkości. Duchowość, którą Esseńczycy przyciągali do siebie, zamiast tak jak inni ludzie działać w świecie zewnętrznym, wydała mu się jakby kradzieżą dokonaną na ludzkości. Jezus przejrzał duchowo-duszny egoizm panujący wśród Esseńczyków i prowadzący do użycia dla siebie tego, co się było winnym zgłodniałej i spragnionej ludzkości. To dopełniło miary jego pełnych cierpienia rozczarowań. Okultyzm Esseńczyków przeżył Jezus jako wynik skomplikowanego współdziałania sił lucyferycznych i arymanicznych. To przeżycie wyłania się teraz przed jego duszą, kiedy tak nieskończenie wzrosła jego świadomość i siła duchowa. Jezus czuje jednocześnie, że gdyby tylko zechciał, mógłby dokonać tego wszystkiego, co osiągnęli najbardziej zaawansowani w szkoleniu bramini Indii, czy asceci zakonu Esseńczyków. Czerpiąc z boskiej siły mógłby zasiać ziarno nowego okultyzmu. Mógłby np. rzucić się w dół z wieży świątynnej, nie uczyniwszy sobie przy tym najmniejszej szkody. Ale jakże daleko leży to od jego nastawienia i miłości w stosunku do cierpiącej ludzkości, by mógł wykorzystać tę możliwość. Jezus widzi Lucyfera i Arymana, którzy wspólnie działają, aby wyczarować przed nim obrazy takich możliwości. Ale gdyby uczynił chociaż jeden krok na drodze fakiryzmu, oznaczałoby to nadużycie boskich sił kosmicznych. Z ziarna, które Chrystus zasiewa, wyrośnie w przyszłości także pewna nowa władza człowieka nad ciałem fizycznym i eterycznym. Ale będzie ona zdrowa tylko wtedy, gdy rozwinie się nie w izolacji od świata zewnętrznego, ale w nim, tam, gdzie jeden człowiek niesie brzemię drugiego. Pokuszenie, które wyłania się ze sfery sił eterycznych, kiedy wnika w nie kosmiczna siła życiowa Chrystusa, sprawia, że Jezus uświadamia sobie jak najwyraźniej ten szczególny stan w jakim się znajduje. Wzmacnia to w nim jednak, bardziej niż wszystko inne, wolę by wypić kielich goryczy związanej z ludzkim bytem aż do ostatniej kropli.

            To wszystko, co nam opisują Ewangelie jako czyny Chrystusa, musimy osądzać w oparciu o historię kuszenia. Jedynie wtedy uzyskujemy rzeczywiście klucz do wyjaśnienia tak zwanych cudów Jezusa.

            Możemy rozróżnić trzy grupy „cudów”. Do pierwszej grupy należą czyny, w których siła duchowa Chrystusa wywiera szczególne działanie na fizyczne otoczenie, a więc takie czyny jak np. przemiana wody w wino na weselu w Kanie, tzw. „rozmnożenie chleba” przy nakarmieniu pięciu i czterech tysięcy, czy przeklęcie drzewa figowego. Drugi rodzaj „cudów” polega na szczególnym działaniu na ludzi. Tu zwykło się przede wszystkim zaliczać uzdrowienia i wskrzeszenia. Trzecia grupa „cudów”, to szczególne oddziaływanie Chrystusa na własną osobę. Do niej należą np. wędrówka po morzu, czy przemienienie na górze.

            Historia kuszenia zdecydowanie odrzuca każde zewnętrzne i materialne ujęcie czynów Chrystusa. Gdyby Chrystus przy nakarmieniu pięciu i czterech tysięcy dokonał fizycznego rozmnożenia chleba, gdyby posługując się siłą magii uczynił wiele z małego, znaczyłoby to, że uległ na koniec pokuszeniu, w którym siła arymaniczna żądała, by przemienił kamienie w chleb. Chrystus mógł posłużyć się siłą magii, ale odrzucił ją. Nie chciał być magiem lecz zbawicielem. Zamiast odnowić magię zasiał ziarno przeduchowienia w ludzkości. Jednoczesny ogląd historii nakarmienia i kuszenia Jezusa pozwala zrozumieć, że w cudownym nakarmieniu idzie o ponadzmysłowe procesy wewnętrzne, które wszakże w królestwie duszy miały co najmniej tak wielką realność, jaką mogłyby mieć czyny dokonane na płaszczyźnie fizycznej przy zadziałaniu magii.

            Gdyby uzdrowienia i wskrzeszenia dokonane przez Jezusa były „cudami” w zwykłym sensie, gdyby polegały na sensacyjnym, sugestywnym wkroczeniu w dusze i losy innych ludzi, oznaczałoby to w ostatecznym efekcie triumf Lucyfera, który chciał, by Jezus stał się panem dusz ludzkich. W owych czasach, gdy żył Jezus, leczenie chorych przez oddziaływanie siłą psychiczną było czymś zgoła zwyczajnym i organicznym. Leczono wówczas bardziej poprzez procesy związane z duszą człowieka, niż przez stosowanie lekarstw materialnych. Kiedy Chrystus nakładał rękę na chorego, było to po prostu zewnętrznym wyrazem przepełniającej go wielkiej miłości do ludzi. Sugestia nie wchodziła przy tym w grę. Była ona jak najdalsza od jego zamiarów. Chrystus umocnił w ludzkości nie zdolność sugestii lecz siłę służebnej miłości.

Gdyby Chrystus w nocy po cudownym nakarmieniu wędrował swym ciałem fizycznym po falach jeziora Genezaret, oznaczałoby to, że poszedł w końcu za podszeptami tych sił demonicznych, które kusiły go, by rzucił się w dół ze szczytu świątyni nie wyrządzając sobie przy tym szkody. Jednoczesne ujęcie wędrówki po morzu i historii kuszenia wzmacnia ten rodzaj rozważań, który w tym, co przeżyli uczniowie w nocy nad jeziorem Genezaret, rozpoznaje spotkanie duchowe. Chrystus pozostawia na stronie sensacje fakiryzmu. Nie grają one żadnej roli w jego życiu. W ich miejsce zasiewa w ludzkiej istocie ziarno posłuszeństwa i cierpliwości.    

Tłumaczyłam w latach siedemdziesiątych, nieznacznie poprawiłam w roku 2015; przy tłumaczeniu fragmentu

 „Braci Karamazow” korzystałam z przekładu Aleksandra Wata

Irena Semeniuk

Możesz również polubić…

5 1 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x