Rudolf Steiner jako człowiek – we wspomnieniach najbliższych przyjaciół

F.W. Zeylmans van Emmichoven, Rudolf Steiner jako człowiek – we wspomnieniach najbliższych przyjaciół. Tłumaczyła Józefa Chudzikowska. Fragmenty książki „Helden van den Geest”

U podnóża Jury Szwajcarskiej, w pobliżu Bazylei rozłożyło się miasteczko Dornach. Na wzgórzu, z trzech stron otoczone wysokimi łańcuchami gór, frontem zwrócone ku zachodowi wznosi się Goetheanum. Jest zima 1920 roku. Spośród śniegów pokrywających prawie cały krajobraz widoczne są jedynie połyskujące dachówki podwójnej kopuły dachu. Obok Goetheanum stoi wielki barak drewniany, którego jedna połowa służy za stolarnię (gdyż Goetheanum, choć już zeszłej jesieni otwarte, nie jest jeszcze zupełnie skończone), w drugiej zaś połowie, urządzonej jako scena oraz sala wykładowa, miewa swe wykłady Rudolf Steiner…

Setki słuchaczy umieściło się już na prostych stołkach drewnianych. Na niewielkie podium, pokryte niebieskim płótnem, a umieszczone na tle kotary tej samej barwy oddzielającej salę od sceny, wchodzi Rudolf Steiner. Gdy przemawia, w sali panuje niczym niezmącona cisza, oczy wszystkich utkwione są nieruchomo w stojącej przed nimi postaci.

Rudolf Steiner jest człowiekiem średniego wzrostu o kształtach smukłych i subtelnych. Słuchacza uderza to jako coś szczególnego, ponieważ głos jego rozlega się dźwięcznie i donośnie. Jest to głos o brzmieniu niezapomnianym. Drga w nim coś przejmującego, głęboko wzruszającego, jak gdyby przemawiający nosił w sobie ból całej ludzkości.

Głos ten czasami brzmi miękko i ciepło, cała sala czuje się jakby ujęta i prowadzona tym głosem w światy niedostępne dla codziennej świadomości. Lecz niebawem głos nabrzmiewa mocą, właściwą jedynie wyższym jakimś potęgom, słowa zaś, jakie się rozlegają, brzmią jakby ostrzegawczym dźwiękiem trąb. Za chwilę jednak czuje się w nich znów subtelną miękkość i tkliwość, zapadającą głęboko w duszę słuchacza. Przy tym wszystkim jednak ma się wciąż silne wrażenie, że każde wypowiedziane słowo posiada poniekąd swe własne życie, gdyż słowa nie są tu tylko abstrakcyjnymi symbolami, w które ubiera się swe myśli, ale są one niejako z wnętrza rodzone tak, jak rodzą się żywe istoty, a jako takie żyć mogą dalej w sercach słuchaczy.

Rudolf Steiner mówi swobodnie, bez żadnych notatek, jak gdyby improwizując. W taki sposób wygłasza na rok ponad sto, a nieraz ponad dwieście wykładów. A prawie wszystkie są innej treści, na tematy daleko nieraz od siebie leżące. Stenogramy ich (nieprzeglądane przez niego) świadczą o niesłychanym bogactwie treści i mistrzowskim ich formowaniu. Zbudowane są bowiem według najwyższych wymogów, tak pod względem artystycznym jak i ścisłości myślenia. Kto miał możność studiowania większej ilości tych wykładów stenografowanych przez słuchaczy, ten dostrzega w nich prawidłowość, przypominającą poniekąd prawa rozrostu organizmów. Tak jak roślina po skiełkowaniu wypuszcza liść za liściem, aż wreszcie wystrzela kwiat, aby potem zamknąć się znów w nasieniu, tak też kiełkuje, rozwija się i owocuje treść każdego z tych wykładów. Przy pozornie zupełnie swobodnym ich formowaniu, wyczuwa się w nich zawsze mocną zwartość i wewnętrzną spoistość.

Mowie Rudolfa Steinera towarzyszą lekkie gesty, harmonijne ruchy rąk. Nie jest to wcale jakaś arbitralna gestykulacja, ani też z afektów wypływająca mimika, jest to raczej naturalny ciąg dalszy tego, co z serca płynąc wyraża się w mowie z równoczesnym gestem rąk. Cały sposób mówienia charakteryzuje nadzwyczajna „żywotność”. Nawet wtedy, gdy mowa przepojona jest wielkim spokojem, głęboką ciszą wewnętrzną, jeszcze i wówczas dostrzec można pewien subtelny a nieustanny ruch w gestach i obliczu.

Postawa Rudolfa Steinera, człowieka już prawie sześćdziesięcioletniego, jest całkowicie młodzieńcza. Porusza się giętko i elastycznie. Twarz nacechowana jest niezmierną dobrocią, humanitarnością, idącą w parze z najwyższą duchowością. Wysokie, sklepione czoło o budowie mocnej i szerokiej, usiane jest drobnymi zmarszczkami, a u nasady nosa głębokimi bruzdami. Odnosi się wrażenie, że za takim czołem przebywać mogą tylko najwznioślejsze i najszlachetniejsze myśli. Włosy czarne, zaczesane do tyłu. Skóra twarzy lekko smagła wydaje się jednak świecić jasno w ciemnym obramieniu włosów. Oczy głęboko osadzone ocienione są gęstymi brwiami. Barwa ich jest ciemno – piwna, lecz takie określenie nie oddaje wcale ich właściwej istoty. Bo jakżeż je opisać? Czasami posiadają one niezmierzoną, wprost przepaścistą głębię, czuje się w nich tajemniczą głębię nocy, w której przeczuwa się tylko obecność gwiazd. Najczęściej jednak oczy te silnie promienieją światłem mocnym a ciepłym. A wtedy ciemny ich brąz migoce połyskiem złota. Przemawia z nich niezmierna dobroć i miłość wszystkich istot. Lecz oczy te mogą również być pytające, a zarazem badawcze, jakby przeniknąć chciały na wskroś wnętrze zjawiska. Od czasu do czasu bywają też opromienione nastrojem pogodnym, a wtedy tryskają humorem i miłym dowcipem.

Obliczu temu nadaje szczególniej wymowny charakter mocna linia nosa i ust. Nos prosty, z lekkim garbkiem tworzy harmonijną całość z głębokimi bruzdami i drobną siateczką licznych zmarszczek przecinających policzki. Usta, z górną wargą nieco silniej uformowaną, dłuższą i cokolwiek wystającą w stosunku do drobniejszej wargi dolnej, wraz z szerokim, choć subtelnie wymodelowanym podbródkiem – czynią wrażenie wielkiej, a zarazem roztropnej woli.

Jakżeż zmiennym jest wyraz tego oblicza. Raz wydaje się, że stoi przed nami człowiek w sile wieku, w pełni dojrzały, o wielkiej energii oraz umiejętności życiowej, a za chwilę widzimy przed sobą starego mędrca, pełnego głębokiej i cichej miłości do wszystkiego, co żyje i cierpi. Lecz już niebawem spostrzegamy przed sobą młodzieńca, pełnego entuzjazmu, ogarniętego świętym ogniem zapału. Zdarzyło się, że ludzie widząc po raz pierwszy Rudolfa Steinera nie mogli ukryć pewnego rozczarowania. Spodziewał się ujrzeć proroka i reformatora świata z odpowiednim do tego wyglądem zewnętrznym i postawą. Tymczasem zobaczyli tego dziwnego, skromnego człowieka, który raz wygląda jak artysta, to znów jak uczony, a za chwilę jak kapłan. On zaś był i jest tylko prawdziwym człowiekiem, bez jakiejkolwiek fałszywej pozy, lecz także człowiekiem, który życie swe i siły czerpie z przepastnych głębin ducha, i który (nie omijając Ziemi i ludzkości) duchowi temu pozwolił w sobie zwyciężyć, by następnie ducha tego, Ducha Chrystusowego, oznajmić ludziom jako potęgę działającą na Ziemi i kształtującą dusze ludzkie. Duch ten – jak to każdy łatwo pozna – znalazł w dziele życia Rudolfa Steinera swe objawienie, a jego osobę natchnął najpiękniejszym uczłowieczeniem.

Rudolf Steiner. Dla tysięcy już ludzi imię to wyraża całą treść życiową. Dla tysięcy spotkanie z nim oznaczało „narodzenie na nowo”. Ileż lat minie jeszcze, zanim zagadka człowieka, noszącego to imię, zostanie całkowicie zbadana?

Prof. dr Ryszard Kartuz

Fragmenty artykułu „Rudolf Steiner” w Lubeckische Blatter” z 1925 roku

…Przestało już bić serce, które z niesłabnącą wolą i równowagą wciąż wypromieniowywanej miłości i dobroci dla niczego innego nie żyło jak tylko dla szczęścia i celów ludzkości. Cicho i prawie niepostrzeżenie uwolnił się od swej ziemskiej osłony ten duch, który z żelazną wytrwałością, z żarem gorącej miłości, z niezachwianym poczuciem obowiązku i nieustraszoną wiernością podjął, prowadził i wypełnił swe światowe zadanie.

Rudolf Steiner promieniował wokoło miłością jak nikt inny, ale też i zbierał miłość jak nikt inny. Kto go widział w Goetheanum w Dornach, czy w Szkole Waldorfskiej w Stuttgarcie lub też gdzie indziej, a potem, kto w dniach żałoby przeżywał wśród antropozofów te najświętsze godziny wraz z tysiącami przyjaciół przybyłych z najdalszych nawet stron, ten przekonywał się, że miłość na Ziemi jeszcze istnieje. Rudolf Steiner umiał, jak nikt inny, obdarzać ludzi siłami życiowymi. Kto śledził losy tych antropozofów, którzy je sobie sami wybrali, ten widział, że ziarno przez niego zasiane nie marniało, ale rozwijało się bujnie. Kto słyszał zwierzenia ludzi, zawdzięczających jemu nową, pozytywną siłę do dźwigania swego losu, ten zaczynał pojmować, jak wiele ten człowiek skarbów użyczył światu, a świat ile dzięki niemu zebrał plonów nowej woli. Kto był świadkiem, jak bardzo umiał on pobudzać do rozwijania swych zdolności, stojących na różnych stopniach rozwoju i oddających się różnego rodzaju zawodom, ten wie, że tu dojrzewają owoce, które kiedyś obejmą niezmierzone dziedziny.

Gdy Rudolf Steiner umarł, świat naraz jakby przystanął, nasłuchując. Nawet przeciwnicy wyczuli, że tu odszedł ktoś naprawdę wielki. Ale był to też ktoś straszliwie oczerniany, błotem obrzucany przez swych wrogów, najczęściej zaś albo wcale nieznany lub źle rozumiany. Jedni – przeczuwając jego gwiezdną wielkość – spychali go w cień, zazdrością kierowani, inni znów, z powodów dobrze sobie samym znanych, ale głęboko ukrywanych, mianowicie walki o cele ostateczne ludzkości, zwalczali go całkiem świadomie. Olśniewał on bowiem oczy ich niepokonalnym światłem wiekuistej prawdy ducha i poprowadzić chciał ludzkość na te wyżyny, na które tamci absolutnie wejść nie chcieli.

Rudolf Steiner zwalczał materializm nie przez wyklinające go kazania moralne, ani przez ogólne idee o monistycznym duchu świata, nie utknął on w nominalizmie, lecz zawsze docierał do rzeczywistości konkretnych.

Bystrość jego logiki, dzięki której przez wyciąganie ostatecznych wniosków mógł wybudować tak jednolity obraz świata, jak dotychczas żaden inny człowiek – wzbudzała we mnie coraz bardziej rosnący podziw. Swego czasu wydawał się nam Nietzsche przez swój „most do Nadczłowieka” filozofem ewolucji, lecz dzisiaj dostrzegamy wyraźnie poza jego genialnością zmącenie i zniekształcenie słusznej zresztą inspiracji. Dopiero Steiner zdołał przemyśleć do końca ideę ewolucji i poddać jej prawom także i świadomość ludzką. Ukazując duchowość w sposób prawie dotykalnie obiektywny, pozwolił nam zapomnieć o naszej nieszczęsnej młodości, wyrwał ze zrezygnowania obojętnego już na wszystko, z filisterskiej oschłości, nieobyczajności, z rozpaczy. Jego objawienie o rozwoju świadomości odsłoniło nam drogę do poznania siebie i poznania świata.

Rudolf Steiner był człowiekiem w pełni przechrystusowionym. Łączyła się w nim i harmonijnie splatała najsurowsza metoda badań naukowych, najbystrzejszy filozoficzny sposób myślenia, z duchowym chrześcijaństwem podań parsifalowo-różokrzyżowych i platońsko-goetheańską miłością. Był on w naszej epoce pierwszym człowiekiem, który przeszedł przez życie i śmierć z w pełni rozbudzoną świadomością Ja.

Rudolf Steiner uznawał prawdziwość istnienia świata na podstawie realnego poznania zmysłowego, a także stwierdzał materializm, lecz tylko jako historyczne stadium przejściowe. Uznawał i cenił wiedzę naukową, ale głosząc rozwój ludzkiej świadomości przekreślał i usuwał te granice poznania, jakie nauka sam sobie wytyczyła. Zażegnał konflikt między nauką a moralnością, wskazując na ich pierwotną jedność i ucząc, że tylko moralna nauka może dojść do prawdy. Stwierdzał istnienie zła w świecie, lecz przy tym ukazywał, w jaki sposób można je pokonać przez zrozumienie powodów pojawienia się zła w rozwoju ludzkości. Przyznawał, że istnieją prawa natury, ale równocześnie wskazywał, jak przez wolność moralną prawa te można przełamywać i w jaki sposób przez zjednoczenie swej woli z praideami światów duchowych wolność taką się zdobywa. Istniejący w naszych czasach rozdział między religią, nauką i sztuką uznawał za konieczny wynik dotychczasowego rozwoju, lecz zarazem uczył, w jaki sposób te trzy dziedziny zjednoczyć można z powrotem przez nową, duchowo widzącą świadomość. Steiner uznał metamorfozę jako zasadę życia, władającą we wszystkich formach ziemskich i kosmicznych, tę metamorfozę, którą Goethe intuicyjnie wyczuł w swej idei „prarośliny”. Odizolowanie człowieka od natury stwierdzał Steiner jako zjawisko tragiczne dla człowieka, ale niezbędne dla wytworzenia się ludzkiej świadomości. Uczył jednakże sposobu świadomego jednoczenia się z przyrodą i to nie przez teoretyczną analogię makrokosmosu z mikrokosmosem, ale przez najbardziej konkretne fakty, zaczerpnięte z historii dachowego rozwoju ludzkości.

Rudolf Steiner odróżniał martwe myślenie od żywego. On sam był w możności wejrzeć w idee kosmiczne, poznać realność świata duchowego. To jedno tylko pozwala nam zrozumieć jego wprost gigantyczną i wciąż potęgującą się uniwersalność. Niesłychanie pozytywna wiedza, jaką posiadał, była wprawdzie w każdej chwili do jego dyspozycji, ale to nie wystarczało, aby móc pojąć to niesłychane, jakie w nim widzieliśmy. On bowiem nie tylko znał najbardziej specjalne zakamarki najdalej od siebie leżących gałęzi wiedzy naukowej, ale prócz tego skierowywał każdego z tych uczonych fachowców do spostrzegania nowych problemów, nowych rewelacji i szukania nowych metod w każdej specjalnej dziedzinie.

Widziałem go, jak stawiał diagnozę pewnej choroby, dla której leczenia podał roślinę z najściślejszym jej opisem i dawkowaniem. Rośliny tej szukać musieli w wielkim trudem fachowi botanicy i znaleźli ją dopiero w dawno zapomnianych książkach. Widzieliśmy go jak fizykom i chemikom pomagał wyjść z martwego punktu ich prac laboratoryjnych, jak dawał nowe dyrektywy technice i gospodarce rolnej, jak wprowadzał na całkiem nowe tory matematykę, geologię, astronomię, wiedzę o starożytności, językoznawstwo, historię sztuki, kultury i literatury. Badania historyczne pogłębił i w całkiem nowy sposób uzupełnił, z jednej strony przez objawienie konkretnego kierownictwa duchowego, a z drugiej przez ukazanie prawa powtórnych wcieleń i karmy oraz przez zastosowanie ich do życia, czynów i losu poszczególnej jednostki.

Niech mi wolno będzie dorzucić, że antropozoficzne poznanie duchowe doprowadziło również i mnie w mojej dziedzinie, mianowicie etnografii, do przeżycia jakby otwarcia się przede mną szerokiej bramy. Problemy, które dawniej oznaczały dla mnie lata całe żmudnych poszukiwań, zwątpień i wyrzeczeń, leżą teraz przede mną jak otwarta księga. Etnologia, będąca zawsze wewnętrzną mą koniecznością stała się obecnie żywiołową radością, ponieważ brama, której istnienie przeczuwałem, do której czasami nawet blisko podchodziłem, lecz jej sam otworzyć nie mogłem, stoi teraz przede mną szeroko rozwarta. I tak samo jest z każdym antropozofem. Te nasze wspólne uczucia ujął Albert Steffen w swej rozprawce „Pilgerfahrt” (Pielgrzymka) w takich słowach: „Wszystkie nasze przeżycia wiodły nas do tego tylko i były nastawione na tę chwilę, w której poznaliśmy naszego nauczyciela Rudolfa Steinera”.

Rudolf Steiner wniknął również w prawa rządzące sztuką i dlatego zainicjować mógł nową architekturę, nową plastykę nowe malarstwo i nową sztukę ruchów, eurytmię. W pracach uczniów Szkoły Waldorfskiej stwierdza się ze zdumieniem umiejętność Steinera rozbudzenia artystów. Był on architektem, budowniczym tak dawnego Goetheanum w Dornach, które utraciliśmy przez tragizm efeski w noc sylwestrową 1922 roku, jak i nowo budującego się. Wynalazł tu nowe formy konstrukcji dostosowanej do wewnętrznej idei zasadniczej budowli oraz użytego materiału. W ten sposób stworzył jedyne w swoim rodzaju dzieło, mające wiekopomną wartość w historii architektury, jako pierwszy artystyczny wyraz nowej epoki świadomości. Poza tym był twórczym rzeźbiarzem i malarzem i pozostawił wspaniałe dzieło snycerskie: statuę Chrystusa, nadnaturalnej wielkości. Miała być ona umieszczona w tzw. „małej kopule” pierwszego Goetheanum. W ostatnich czasach dołączyła się do tego jeszcze nowa sztuka dramatyczna, która zaspokoi najgłębszą potrzebę naszej teraźniejszej kultury, kładąc koniec mizerii naszego teatru. To, co dał światu Rudolf Steiner przez swą sztukę wymowy (Sprachgestaltung) przez swe dramaty misteryjne, przypowieści mądrości, postawi go kiedyś w rzędzie największych poetów wszystkich czasów.

Jego ukazanie realności ducha, ukazanie kosmicznego Jestestwa Chrystusowego i centralnego stanowiska w dziejach świata wydarzenia na Golgocie stało się dla wielu tysięcy ludzi jak gdyby darowaniem im na nowo Chrystusa. Jego egzegeza biblijna, dzięki prostej rzeczywistości fenomenalnego jego wglądu, dała już olbrzymie wyniki, i znajdzie w przyszłości to pełne uznanie, jakiego się jej dziś jeszcze odmawia. Jego pedagogika, pedagogika Szkoły Waldorfskiej, uznanie to już dzisiaj uzyskała. Do czego dochodzi się w tej Szkole przy pracy ochotniczej… to zobaczyć się musi samemu.

Lecz tego wszystkiego – jak to już powiedziałem – nie byłoby się w stanie osiągnąć wyłącznie przez polihistoryczny uniwersalizm w rodzaju Leibniza. Chcąc wyjaśnić sobie zjawiska Rudolfa Steinera nie wystarcza przyznanie mu największych zdolności, najgorliwszej pilności, najszerszej erudycji. Tu jest coś, co wznosi się o wiele, wiele wyżej ponad szkolarską mądrość. Tu bowiem rzeczywistość świata duchowego stała się samotwórczą świadomością i poznaniem.

Zjawisko Rudolfa Steinera wyjaśnić sobie można przez zrozumienie kosmicznego początku myślenia. Linia rozwojowa myślenia idzie stopniami: od świadomości snu głębokiego poprzez głuchą świadomość sennych marzeń do zwyczajnej ludzkiej świadomości na jawie, lecz stąd prowadzi dalszy stopień do świadomości wyższej.

Rudolfa Steinera nazwać by można przeto przedstawicielem nowego typu człowieka.

W czasie uroczystości pogrzebowych w Bazylei wśród licznie zgromadzonych widzów słyszeć się dały słowa: „To był święty”. Lecz i święci podlegają także – tak jak wszystko co żyje – metamorfozie. Rudolf Steiner nie był „świętym” w rozumieniu Kościoła, to znaczy nie zatrzymał się on na stopniu świadomości średniowiecznej, lecz stanął wyżej. Był on Nowym Człowiekiem epoki świadomości, który dzięki sile Chrystusowej odnalazł w sobie drogę do rzeczywistości duchowych. Nowy Człowiek – i dlatego był ścigany i nienawidzony. Rudolf Steiner nie umarł, on zmienił tylko swą formę istnienia. Duch jego żyje i działa dalej w służbie ludzkości. Żyje dalej jako wielki Spełniciel zadań naszych czasów, jako ten, który zaspokoił tęsknotę ludzi współczesnych za religią, złączywszy „wolność człowieka Chrystusowego” z przeżywaniem rzeczywistości duchowej. Zaspokoił tę tęsknotę za duchem, przełamując „granicę poznania” przez swe ściśle naukowe badania w świecie nadzmysłowym, dokonywane za pomocą metodycznie rozwiniętego organu widzenia. Wezwanie greckich Misteriów: „Poznaj samego siebie” pogłębił, wskazując drogę do osiągnięcia prawdziwego jądra ducha, czyli Ja, przechodzącego przez wielorakie żywoty. W ten sposób stał się założycielem nowej szkoły misteryjnej dostosowanej do nowej świadomości, podnosząc filozofię na stopień „antropozofii”, mądrości o człowieku, jako celu świata i otwierając drogę wszystkim teoriom poznawczym przez przerzucenie pomostu między ludzkim Ja a Ja kosmicznym. Ukazując człowiekowi cel i sens jego życia, wyzwolił go z pustki, jałowości i bezsensowności istnienia i przechodzenia w niebyt. Ucząc o duchowej budowie ciała ludzkiego i wyjaśniając zdrowie i chorobę, jako rezultat wzajemnych stosunków między duchowymi a psychicznymi członami człowieka, będącymi znów wynikiem dawniejszych jego żywotów ziemskich, ziścił tęsknotę za zdrowiem cielesnym. W ten sposób stworzył fizjologię będącą w związku z Kosmosem, prawdziwą terapię i higienę, naprawdę moralną medycynę, a więc sztukę leczenia prawdziwie Asklepiosową.

Zaspokoił wreszcie tęsknotę, wypływającą z poczucia niedoskonałości moralnej, zwalczając ideę pochodzenia moralności od instynktów odziedziczonych, przez ukazanie pewnej kosmicznej prawidłowości. Tęsknotę, wypływającą z niedoli socjalnej, zaspokoił uzgodniwszy indywidualizm z socjalizmem przez ukazanie duchowych podłoży rozwoju człowieka i jego celów. Zaspokoił też tęsknotę za sztuką przez odsłonięcie źródeł sztuki, jakie tkwią w prawidłowości i prawzorach wiecznego Kosmosu i stwierdzając ku nim drogę przez przemianę, przechrystusowienie duszy.

Rudolf Steiner żyje. Z tym przeświadczeniem pracują jego uczniowie w Wyższej Szkole Nauki Duchowej przy Goetheanum oraz inni, idący własnymi torami, po całym świecie rozsiani. I już wkrótce nadejdzie taki dzień, kiedy go ludzie wreszcie poznają i uznawać będą za wielkiego Wybawcę i Przewodnika, zesłanego w czasach najcięższej niedoli, w czasach, kiedy Ziemia odartą została z ducha.

Albert Steffen

Największy współczesny poeta szwajcarski, dramaturg i powieściopisarz

Wyjątki z jego książki „Begegnungen mit Rudolf Steiner”

Po raz pierwszy ujrzałem Rudolfa Steinera w roku 1907 jako 22-letni student. Przedtem ani o nim nie słyszałem, ani też nie czytałem. Pobudką do tego pierwszego spotkania było pewne przeżycie, które opisałem przy sposobności wystawienia w Szwajcarii mego dramatu: „Das Viergetier”. Pisałem wtedy tak: „Aby poznać i zgłębić życie we wszelkich jego przejawach, zamieszkałem w wielkim mieście w pewnej małej uliczce, gdzie panowała nędza i upadek moralny. Okna mego pokoju wychodziły na podwórze, gdzie mieściła się ponura spelunka, z której nocami dochodziły mię nieustanne krzyki i hałasy jej mieszkańców. Tego, co słyszałem, nie widziałem, ponieważ do szynku tego nie zachodziłem nigdy, ale właśnie dlatego jego sfera tym silniej na mnie działała. Pewnego listopadowego wieczoru działanie to jakby zagęściło się i skrzepło w pewien realny, a wstrząsający obraz. Przy pełnej świadomości, przy najswobodniejszym umyśle, ujrzałem nagle wyłaniający się z tego ciasnego i ciemnego podwórza pewien twór duchowy, cały jakby utkany z żądzy, popędu niszczycielskiego i najstraszliwszej samoudręki. Postać ta zbliżała się do mnie, wydając przeraźliwe smutne westchnienie, śmiertelny jakby jęk! Po tym jęku zrozumiałem, że chodzi tu o ratunek stojącej przed zgubą duszy, która wzywa pomocy i wybawienia, domagając się tego gwałtownie!”.

O tym przeżyciu opowiedziałem jednemu ze swych przyjaciół, ten zaś skierował moją uwagę na Rudolfa Steinera. Lecz upłynęło jeszcze kilka miesięcy, zanim wreszcie zobaczyłem po raz pierwszy tego wielkiego nauczyciela. Po jednym z wykładów daną mi była sposobność porozmawiania z nim, W wykładzie tym mówił między innymi o latach terminatorskich wędrującego czeladnika i mistrza. Spojrzałem na niego, a następnie wzrok skierowałem na siebie i uczułem z nieubłaganą pewnością, że to jest właśnie „mistrz”… a tu jest „terminator”, i że zaczyna się teraz dla mnie czas wędrówki. Poznałem w nim natychmiast Przewodnika ludzkości. To czoło – mądrości pełne, ta miłość w oczach i prawość w słowach… Każdy jego ruch był wyrazem harmonii wewnętrznej, z wolności płynącej, artystycznej. Już w czasie jego wykładu postanowiłem, że aby być godnym ponownego z nim zetknięcia się – muszę się przemienić. Po wykładzie szedłem do domu cichy i skupiony, czułem bowiem, że hasłem moim teraz jest: praca nad sobą!

Łatwo zrozumieć mój entuzjazm, gdy zacząłem czytać książkę Rudolfa Steinera: „Jak osiągnąć poznanie wyższych światów?” Znalazłem tam mój instynktowny już sposób ustosunkowywania się do ludzi, lecz tu duchowo pogłębiony i estetycznie oczyszczony. Nie potrzebowałem zmieniać kierunku, w którym kroczyłem, a tylko mogłem teraz kroki swe przyspieszyć.

Chcąc stworzyć sobie we własnym mniemaniu prawo do mówienia z Rudolfem Steinerem, postanowiłem przedstawić mu pewien fakt, którego sam nie potrafiłem sobie wyjaśnić. Oto miałem znajomego, który był najsurowszym zwolennikiem „wyznania Kantowskiego”, a który na skutek beznadziejności, jaka nim owładnęła… wpakował sobie kulę w łeb. Wprawdzie pozostał jeszcze przy życiu, ale nie dopuszczał do siebie żadnych przyjacielskich rad, nie mówiąc już o jakiejkolwiek pociesze. Przyznaję, że we mnie na skutek tego zbudziła się do niego niechęć. Zdając dr Steinerowi sprawę z tego wypadku, wspomniałem i o tym. On spojrzał na mnie bardzo poważnie i rzekł: „Więcej miłości”.

Zacząłem wtedy mówić o sobie samym i opowiedziałem mu o swym przeżyciu w wielkim mieście, które objawiło mi nad – i podzmysłowe upadłej ludzkości. Dziś jeszcze widzę uważny i skupiony wzrok, jaki skierował na mnie Rudolf Steiner. Lekko pochylił się naprzód i wypytywał o szczegóły. To, czego nie mogłem mu powiedzieć, że po to właśnie do niego przyszedłem, aby spytać, jak mogę lepiej służyć ludzkości, wyśledził natychmiast i zaczął dawać mi wskazówki, w jaki sposób mam silnie i odważnie stawiać czoło atakom ciemnych mocy. Od tego momentu uczułem się dojrzały do odpowiedniego ustosunkowania się wobec każdego zdarzenia i każdego człowieka. Zdobyłem możność uspokojenia się w sobie samym.

Tak się zdarzyło, że w ciągu następnych siedmiu lat nie miałem ani jednej osobistej rozmowy z Rudolfem Steinerem, chociaż dzień w dzień studiowałem jego książki i słuchałem wykładów, kiedy i gdzie tylko mogłem. Nie chciałem mu zabierać czasu, ponieważ byłem pod zbyt przykrym wrażeniem w czasie pewnych odwiedzin na widok długiego szeregu ludzi, żądających jego rad. Ach! Te tłumy ludzi, oblegających jego pracownię prawie zawsze od wczesnego rana do późnego wieczoru. On, kierowany miłością, pomagał wszystkim, ale tym, którzy jego sprawę wzięli na siebie, wystarczyć musiało, że sobie sami pomagali.

Na kilka tygodni przed wybuchem wojny wyjechałem z Monachium do Dornach, gdzie po raz pierwszy zobaczyłem budujące się Goetheanum. Obie kopuły wypełniały jeszcze wówczas rusztowania. Chcąc zapoznać się z architekturą wnętrza zwrócić się musiałem do planów i modeli. W tym też celu udałem się do biura budowy, gdzie spotkałem się z wielką uprzejmością.

Uderzyło mnie też mile to, że na całym terenie budowy nie słyszałem nigdy u robotników tam zajętych ani przekleństwa ani łajania.

Wielki model budowy, stojący w miejscu, gdzie Rudolf Steiner ubrany w biały kitel malarski, zwykł był malować i modelować, był dla mnie przeżyciem podobnym do symfonii Brucknera. Ponieważ w dniu tym nie było go w Dornach, mogłem zatem swobodnie poddawać się wrażaniu, jakie na mnie model ten wywierał. Kapitele i bazy kolumn oraz architrawy wykonane być miały z różnych najszlachetniejszych rodzajów drzewa, tu zaś wymodelowane były z białego wosku własnoręcznie przez Steinera. Sklepienie modelu mieniło się od barw. Z góry zwieszały się na nitkach grudki wosku, a na gzymsach stały naczynia z farbami. W jakiś czas potem miałem szczęście oglądać tego wielkiego artystę przy pracy i nigdy nie zapomnę jego szlachetnych rąk i pałających oczu.

Gdy wszedłem do stolarni, gdzie wykonywano rzeźby do budynku, spotkałem tam kilku ludzi, których przelotnie poznałem w Monachium. W pospiesznym trybie życia wielkiego miasta nie zawiązywało się zresztą bliższych stosunków, lecz teraz, gdyśmy się spotkali, poczuliśmy do siebie wzajemne zaufanie, oparte na łączności przeznaczeniowej. Jeden z artystów nachylił się ku mnie z wysokości architrawu i spytał, czy tu zostanę? Zaledwie usłyszał me niepewne jeszcze potwierdzenie, zeskoczył ze swej deski, chwycił mię pod ramię i spiesznym krokiem zaprowadził do kierownika warsztatu, gdzie otrzymałem młotki i dłuta, a następnie do szlifierki, aby nauczyć się je ostrzyc. A to nie jest wcale rzeczą łatwą.

A potem rozpoczęła się nauka snycerstwa. Mój doradca, który w niedługim czasie potem powołany został do wojska i zginął na wojnie, opowiadał mi, że Rudolf Steiner był tu pierwszym, który przyłożył dłuto do drzewa. W głębokim milczeniu pracował całą godzinę, dopóki nie poznał najlepszej zasady, by następnie móc innymi kierować. Trzeba tu było stosować odpowiednią technikę do obróbki różnych gatunków drzew. To samo było też i później przy szlifowaniu witraży okiennych a także przy malowaniu farbami roślinnymi. Rudolf Steiner wynajdywać musiał tu zawsze wprost ze swego ducha sposób postępowania z materiałem.

Co do mnie, to odczuwałem taką samą radość z wyrżnięcia w drzewie czystej linii, jak z napisania dobrego wiersza. Dawano mi rady, abym się od razu zbytnio nie zapalał, bo rąk swych będę musiał użyć jeszcze i nazajutrz, lecz choć palce bolały, nie chciałem próżnować, bo w bólu tym miałem sprawdzian, że aczkolwiek praca moja była jeszcze prymitywna, godnym jestem innych. Tymczasem minęła połowa lipca. Znaczyło to, że Rudolf Steiner niedługo już z podróży powróci. Pewnego wieczoru, gdyśmy we czterech pracowali przy jednym łuku, zauważyliśmy po zmianie nastroju wewnątrz budynku, że wszedł Rudolf Steiner. Ucichły naraz wszelkie rozmowy, nie odezwał się nikt ani słówkiem, tylko młotki pracowały pilniej. Wyczuwać się dawał w powietrzu jakby lekki obłoczek lęku. Naraz rozległ się jego głos, silny i miękki zarazem. Napełniał powietrze jak światło, a w tym świetle od razu spostrzegliśmy różne usterki naszej pracy. Nie potrzebował nam już wiele mówić, w czym spartaczyliśmy.

Widziałem go wówczas tylko przelotnie, jak przechodził. Tym więcej cieszyłem się na wieczór, na który zapowiedziany był wykład. Ale tu radość zawiodła. Pewien chory, leżący na wsi, miał być przewieziony do Niemiec, a stać się to miało jeszcze tej nocy. Lekarze naradzali się, kto by się podjął tego zadania, lecz dr Steiner zadecydował, bym ja to zrobił. Dotychczas odważyłem się raz tylko z nim rozmawiać, tego wieczoru również nie zamieniłem z nim ani słowa w osobistej rozmowie, a mimo to zawierzył mi. Jego serdeczny uścisk dłoni umilił mi tę ciężką pracę.

Mobilizacja armii europejskich była już w toku. Podczas gdy dzienniki wylewały całe potoki kłamstw, Rudolf Steiner odbywał swe wykłady. Z zapadającym zmrokiem schodzili się słuchacze, pojedynczo lub grupami, do stolarni. Stojąc na tarasie Goetheanum, widziałem ich wspinających się ścieżką ku górze i nie rozróżniając twarzy, po chodzie ich wyczuwałem, w jakim byli nastroju. Była w nich wdzięczność dla Zwiastuna Słowa. W tym wszyscy byli zgodni i to uczucie łączyło reprezentantów siedemnastu narodowości, jacy tu razem pracowali. Pomimo wojny narodów tu panowała zgoda, dzięki temu jednemu człowiekowi, o duchu niezachwianym, na Bogu opartym. Ta zgoda nie była utopią, ale oczywistym faktem, jaki miał miejsce w ciągu pół-czwarta roku wśród powszechnej rzezi, jaka szalała naokoło. To było wielką pociechą. Tu był zarodek kultury, zasiany przez czyn ducha, podczas gdy kultura materialna niszczyła siebie swymi własnymi wytworami! Jakąż łaską było uczestniczenie w tych zaczątkach nowego życia!

Podczas wykładów siedzieliśmy w stolarni na deskach i belkach, służących do budowy. Słuchaliśmy słów umiłowanego Nauczyciela. „Drodzy przyjaciele” – zaczynał. O tak! Chcieliśmy być nimi przez wieczność całą, odpowiadały mu serca nasze. I z ust Rudolfa Steinera płynęły słowa, które przyjmowaliśmy w siebie, o takiej treści: „Tam, gdzie się przeprowadza badania bez Chrystusa, popełnia się nieustannie pomyłki…”. „Chrystus nie posługuje się sądem ziemskim, gdy On patrzy, to nie naszymi oczyma. Jest to boska Istota, i o tym należy każdej chwili pamiętać!”. „My możemy się doskonalić, ale świata zbawić nie potrafimy, to może uczynić tylko Chrystus…”. „Ten tylko, kto przyjmuje w siebie Chrystusa, udoskonala się tak, że to idzie na dobro całej ludzkości…”. Po takich wykładach widziało się słuchaczy, jak z latarkami w rękach schodzili z góry do wsi, po której ulicami snuli się żołnierze.

Wigilia Bożego Narodzenia 1923. Setki ludzi zdąża na wzgórza dornachijskie obok pogorzeliska Goetheanum wśród szalejącej zawiei śnieżnej – i wchodzi do sali wykładowej w „Stolarni”. Członkowie wszystkich narodowości, mężczyźni i kobiety, młodzi i starzy, wytwornie i skromnie ubrani, uczeni, artyści i robotnicy, specjaliści wszystkich zawodów. Jakkolwiek różni są ci ludzie, jedno ich łączy: tęsknota za światem duchowym! Szukają człowieka, który może im dać o tym świecie pewne wyobrażenie. Ta wewnętrzna konieczność sprowadza ich tu i jednoczy razem. I oto przed tymi ludźmi siedzącymi w skupieniu w sali „Stolarni” stawał i przemawiał do nich Rudolf Steiner. Nauczał ich o boskości „Słowa”. Lecz już wówczas, w czasie swego wigilijnego zebrania – dostrzegliśmy w nim pierwsze oznaki fizycznej choroby. Jakżeż blady, jak bardzo strudzony siedział na krześle. Lecz skoro tylko powstał i zaczął nam zwiastować swe objawienie, wydawał się jakby na nowo urodzony.

Jest 15 luty 1924. Widzę dr Steinera wychodzącego z atelier i przechodzącego przez stolarnię do sali wykładowej. Dziwny jest jego uścisk dłoni… Przez cały wieczór zastanawiałem się nad tym. Wydało mi się, że zamykają się w nim całe dzieje, ciągnące się przez wiele stuleci… To samo przemawiało z jego spojrzenia.

Już od lutego obsadzone było całe lato podróżami dr Steinera, do Francji, Holandii, Anglii, Niemiec i Austrii. To było stanowczo za wiele! Lecz Rudolf Steiner nie pozwolił, by mu odbierano pracę.

Niezapomnianym jest dla mnie dzień, kiedy do „Stolarni” sprowadzono z kliniki dzieci do lekarskiego badania. Były to tzw. „dzieci anormalne”, chłopcy i dziewczynki. Malcy ze zbyt wąskimi czołami lub zbyt rozwiniętymi szczękami itp. O jednym chłopcu opowiadano, że gdy go wzięto pod obserwację nie był zdolny do wydobycia ze siebie ani jednego artykułowanego dźwięku. A obecnie potrafi sformułować nawet nieco dłuższe zdanie. To dziecko specjalnie trudno było nakłonić do jakiejkolwiek czynności.

Rudolf Steiner przystąpił do dziecka i biedną tę główkę wziął w swe dobre ręce. Z jakąż tkliwością patrzył na nie! W oczach dziecka odbił się najpierw lęk, – ale za chwilę zastąpiło go zdumienie. Apatia przełamana została przez podziw. Chodziło o to, aby z dzieckiem tym przeprowadzić jakąś rozmowę przez ukazywanie mu różnych rzeczy, przez opowiadanie, zachęcanie, a w ten sposób, aby jego tępotę i zdrętwiałość zmienić w ruchliwość i ożywienie. I oto Rudolf Steiner pokazał nam, jak z takim dzieckiem postępować przy malowaniu. Stanął z nim przed tablicą ścienną, skąd można było widzieć ulicę. „Popatrz no tam na to drzewo” – rzekł i na tablicy kolorowymi kredami namalował drzewo. „A do tego drzewa przybiegł konik” – i namalował konia. „I piesek” – i obok namalował psa. – „Patrz jak ten konik tupie nóżką, a ten szpic macha ogonkiem”. Dziecko teraz już całe żyło tym obrazem i chciało samo coś opowiedzieć o piesku i o koniku. Życie stworzeń wstąpiło w nie!

To ożywienie jeszcze silniej się wzmogło, gdy zaczęto z nim ćwiczyć metodami eurytmii leczniczej głoski: „r”, „m”, i „I”.

Takich losów, jak tego dziecka, nosił Rudolf Steiner w swym sercu setki. Każde z 800 dzieci, jakie wówczas posiadała Szkoła Waldorfska, śledził w ich rozwoju. A one też gorąco i serdecznie odpłacały mu się miłością za miłość.

Niezliczone sceny przesuwają się we wspomnieniu przed moją duszą. Widzę Rudolfa Steinera wśród studentów, lekarzy, aktorów, teologów, robotników, dzieci itd. itd. Wciąż on, ten sam, wśród coraz innego uniwersum. Widzę go przy pewnym chrzcie. Przyszedł bardzo znużony i natychmiast usiadł. Lecz poprzez znużenie to dostrzegało się wyraźnie, że duch nie był nim dotknięty. Nie było tu ani bezwładu, ani apatii, jak to się często spotyka u ludzi przepracowanych, nie mówiąc już o jakiejkolwiek goryczy. Gdy tylko wniesiono niemowlę w haftowanym biało-niebieskim stroju, w jakim chrzcił się już jego ojciec, dziadek, pradziadek i jeszcze dawniejsi przodkowie – Rudolf Steiner pochylił się nad nim i rzekł z uśmiechem: „Ależ on wygląda jak basza turecki”! Nie widziałem jeszcze dotychczas na jego bolesnej twarzy tak promiennego uśmiechu, jak w tej chwili. Spojrzenie jego otaczało tę malutką istotkę złotym obłokiem. Nastrój był niebiański.

Widzę znów Rudolfa Steinera w czasie pogrzebu. Umarła miss Maryon, kierowniczka sekcji artystycznej. W ciasnym swym pokoiku leżała na katafalku – ozdobionym zielenią, jak postać świętej ze średniowiecza. Dr Steiner stał chwilę przy katafalku, a następnie przeszedł do „Stolarni” i tam usiadł. I tak siedział jakiś czas, otoczony tchnieniem śmierci, a zarazem tchnieniem Bożym. Jego bliskość uświęcała każdą naszą myśl.

Opowiedział nam potem, jak to miss Maryon razu pewnego uratowała mu życie. Gdy stał raz na rusztowaniu w swym atelier, rzeźbiąc posąg Chrystusa, w momencie, gdy miał właśnie schodzić pękła pod jego stopami jedna z łat drewnianych. Byłby wówczas spadł i przebił się na żelaznym haku, gdyby nie miss Maryon, która go podtrzymała.

…28 września 1924, w wigilię św. Michała, miał Rudolf Steiner ostatnie swe przemówienie. Głos jego brzmiał ciszej i subtelniej, a z drżenia jego głosu wielu z nas wyczuło, że on żegnał się z nami! Poprzez ton jego słów przebijało się wyraźniej „Idę do Chrystusa”. Treść tego przemówienia nosiła też w sobie, jako taka, charakter testamentu. Dla większości członków było to już ostatnie widzenie się z ukochanym Nauczycielem, gdyż odtąd nie opuszczał już swej pracowni, gdzie rozłożono posłanie u stóp Chrystusa, przez niego wyrzeźbionego.

W „Stolarni” na tablicy co tydzień rozwieszaliśmy jego listy z pozdrowieniami dla członków. Ciało jego za słabe było do najlżejszego wysiłku, podczas gdy duch dorósł do sprostania najwyższym wymaganiom.

I właśnie na te ostatnie tygodnie jego życia przypadły ponowione ataki jego nieprzyjaciół, godzące w niego z przerażającą gwałtownością. Rudolf Steiner prosił nas, byśmy się tym zbytnio nie przejmowali i sam zdawał się nie zważać na to, ale faktem jest, że w tych dniach stan jego zdrowia pogorszył się do tego stopnia, że fotel zamienić musiał na łóżko.

Przyszła wiosna z mokrymi opadami śnieżnymi. Ciężkie przygnębienie tłoczyło serca nas wszystkich. Grypa szalała bardziej demonicznie niż kiedykolwiek. Smutnie, ciężko i beznadziejnie czuliśmy się wtedy. Wydawało się nam później, że ból straty, jaki nas dotknął, przecierpieliśmy już na wiele dni naprzód. Lecz ten ból przezwyciężony został wolą pracy. Zbliża się bowiem dla Ziemi moment rozstrzygający: „Być albo nie być w Duchu!”

Jakżeż świętym było umieranie i sama śmierć naszego Nauczyciela. Mogliśmy być przy tym i czujemy za to wielką wdzięczność. Wydało się nam, że tu śmierć jakby utraciła całą swą moc. Oczy Rudolfa Steinera wielkie i otwarte a skupienia pełne, zwrócone były ku górze, jakby pochłonięte jakimś boskim problemem. Oddech był cichy i słaby, a usta poruszały się lekko, jakby w modlitwie. Przy ostatnim poruszeniu ust – Rudolf Steiner sam zamknął sobie oczy i splótł ręce. Śmierć ta była tylko oddaleniem się od ciała Słowa Wieszczego, jakie mieszkało w jego sercu. Dusza oddzieliła się od ciała lekko, bez żadnego bólu, jakby ostatnim i niewidocznym szarpnięciem i zerwaniem najdelikatniejszej nici i uniosła się w górę, patrząc już z wyżyn niebieskich na to wzniosłe zdarzenie.

I tak odłożył święty swe narzędzie cielesne, którego używał dla chwały Bożej. Przez cały czas jego choroby na lewo od jego stóp wznosiła się statua Chrystusa, przez niego wyrzeźbiona. Tak pojawił się jego oczom „widzącym” Pan i w taki sposób widzenie to dla pokrzepienia serc przyszłej ludzkości utrwalone zostało przez niego w formie stałej.

Nam, którzy patrzyliśmy na jego życie, na pracę, którą sam na sobie dokonał, na miłosne oddanie się celom świata do ostatniego tchnienia życia, śmierć jego jeszcze silniej stwierdziła to, o czym już wiedzieliśmy na podstawił jego życia i dzieła, że jest on Świętym! Istota jego weszła w Miłość Bożą! Nad nami unosiło się tchnienie czystsze i piękniejsze od woni kwiatów, jakie wkrótce wypełniły po brzegi całe atelier.

Michał Bauer

o dr Rudolfie Steinerze Fragment „Dzienniczka”

…Dzięki czemu osiągnął pełnię swych objawień zmarły przed trzema laty, a od tego czasu jeszcze bardziej ukochany nasz Nauczyciel? Czy dzięki swej głowie, wspaniale jasnej, szybko pojmującej, do głębi przenikającej i tak przedziwnie orientującej się we wszelkich gałęziach wiedzy? Oczywiście, że znaczenie takiej głowy cenić i szanować się musi tak wysoko, jak tylko można, gdy spojrzy się na dzieło, jakie nam pozostawił, w całej niezmiernej jego wielkości, wszechstronności i dotychczas jeszcze niezgruntowanej głębi. Ale uczeń popadłby w niebezpieczny błąd, gdyby przypisywał tej genialnej głowie zdecydowaną przewagę przy przyjmowaniu objawienia. To nie głowa rozeznaje i przyjmuje Słowo Boskie, ale serce. To, że serce naszego Nauczyciela cierpiało i krwawiło boleśnie na widok niedoli i nędzy ludzkiej, że od młodości tęsknił on za tym, aby choć w części usunąć ślepotę, przesłaniającą grubą warstwą wzrok ludzki, to, że z roku na rok coraz ciężej znosił widok straszliwego cierpienia, jakie z konieczności wyłonić się musiało z chaosu naszych czasów – to była przyczyna, że jemu, który w ciągu całego swego życia nie pozwolił sobie na najmniejszy wypoczynek i chwilę wytchnienia, aby tylko to straszliwe nieszczęście, jakie grozi ludzkości, choć w części odwrócić – jemu to właśnie odsłoniła się tak olbrzymia i niepojęta pełnia Objawień.

Dr Fryderyk Rettelmeyer

 „O Rudolfie Steinerze, jako człowieku’

Kto dziś czyta czasopisma i dzienniki, tego musi ogarnąć wstrząsające poczucie tak tragicznego położenia teraźniejszej ludzkości, że jedynie antropozofia może tu jeszcze pomóc. Nie ma prawie dnia , aby życie nie dostarczyło nowego na to dowodu. Wszelako ludzkość nic nie wie, albo nie chce wiedzieć o tej pomocy. Winę tego przypisać należy znacznej części jadowitym oparom oszczerstw, jakimi osnuwa się założyciela antropozofii, nie tylko by uczynić go dla ludzi niedostrzegalnym, ale aby zohydzić go i poniżyć w ich oczach. Coraz bardziej mnożą się oznaki, że wobec niego postępuje się według starej metody zbójeckiej: po zgładzeniu człowieka, obrabowuje się go. Dąży się więc do duchowego uśmiercenia Rudolfa Steinera, by następnie ogołocić go jeszcze z jego dóbr duchowych, publikując je, jako swoje własne.

Życie Rudolfa Steinera, już zewnętrznie oglądając, było zdumiewająco bogate i wiele obejmujące. Kto czyta jego książkę „Die Raetsel der Philosophie” nawet bez specjalnego zwracania uwagi na jego poglądy, ukryte poza skromnym przedstawieniem rzeczy, a tylko śledząc główny tok myśli i pełne treściwej wagi zakończenie, ten w każdym razie musi dojść do głębokiego przeświadczenia, że bez wieloletniego dokładnego przestudiowania całego rozwoju filozofii, dzieła takiego nie można było napisać. A gdy potem dowiaduje się, że ten sam człowiek wybudował w Dornach potężny gmach, który sam we wszystkich szczegółach obmyślił i do jego wykonania dał cały szereg nowych technicznych pomysłów, i że nad tym budynkiem sam jako artysta pracował, rzeźbiąc i malując – gdy się następnie dowiaduje, że ten sam człowiek zakłada nową szkołę, na nowej pedagogice opartą, prowadząc równocześnie cały szereg specjalnych kursów dla fachowców z różnych dziedzin, gdy dowiaduje się, że tego samego człowieka codziennie oblega od rana do wieczora mnóstwo ludzi, szukających u niego rady i pomocy w swym życiu wewnętrznym – gdy dowiaduje się dalej, że ten sam człowiek wygłasza wykład za wykładem – na rok setkę i więcej – na tematy z najróżniejszych dziedzin całkowitej kultury ludzkiej, a które to wykłady skoro już raz zostały wygłoszone i przez słuchaczy zapisane, mogłyby się stać dla niego wyrokiem potępiającym, gdyby znalazły się w nich błędy i sprzeczności – otóż gdy człowiek z boku stojący całą tę działalność Rudolfa Steinera przed swą duszą przesunie, wtedy nabiera nowego na to poglądu, podnoszącego na duszy, ponieważ otwierają mu się oczy na to do jakiej wyżyny dojść może człowiek i do jakiego bogactw treści dusznej zdolne jest jedno życie ludzkie. Zrozumieć to można wtedy tylko, gdy przyjmie się, że nie tylko każdy moment dnia był całkowicie wyzyskany na pracę, ale także i wiele godzin nocnych i to w tak wielkim stopniu, że dziś jeszcze niewielu ludzi jest w stanie w to uwierzyć. Lecz jeśli warunkiem zdobycia dostępu do „wyższych światów” jest nadzwyczajna siła i dyscyplina duchowa, to już nawet życie zewnętrzne dr Steinera naocznie wykazuje, że warunek ten został spełniony.

U dr Steinera uderzającą była przede wszystkim jego olbrzymia przewaga umysłowa. Pomimo, że nigdy nikomu przewagi tej nie okazywał, to jednak wszyscy, którzy weszli w ściślejsze z nim stosunki, stawali się w porównaniu z nim małymi, całkiem małymi – a to dla każdego człowieka posiadającego poczucie siebie, było nieraz ciężką próbą charakteru. Spotykałem wielu lekarzy, teologów, indologów, ekonomistów, pedagogów, fizyków i historyków, którzy wobec Steinera, każdy w swej dziedzinie, czuli to samo. Przy takich opowiadaniach o czyimś „wszechstronnym” wykształceniu bardzo łatwo obudzić się może podejrzenie, że ma się tu do czynienia z nieznośnym dyletantyzmem, ale w tym wypadku przypuszczenie takie przeczyłoby doświadczeniu.

Ale jak dojść do pewności, że ta jego nowa „wiedza duchowa” roszcząca sobie pewne prawa, oparta jest istotnie na prawdzie, a nie jest tylko błędem i omyłką na wielką skalę? To było pytanie.

Osobiście oświadczałem się zawsze za tym, by ludziom którzy coś nowego przynoszą, przede wszystkim jak najdokładniej się wpierw przyjrzeć. Toteż, aby móc wyrobić sobie sąd o Rudolfie Steinerze, jako człowieku, korzystałem z każdej sposobności, jaka mi się tylko nadarzyła. Życie obdarzyło mnie tą łaską, że stykać się mogłem osobiście z wieloma sławnymi, znakomitymi ludźmi, a jako duszpasterz miałem sposobność zetknięcia się z wieloma dolami i niedolami ludzkimi, a także charakterami ludzkimi. Miałem więc silną podstawę do należytego osądzania ludzi.

Wydawało mi się tedy, że jeśli tu rzecz opiera się na skłonności do fantazjowania i samoułudy w stosunku do dziedziny nadzmysłowej, tedy ta sama cecha bardzo łatwo wykazać się może i w obcowaniu z ludźmi, tudzież wszędzie indziej wobec rzeczywistości życiowych. Inaczej musiałoby się przyjąć jakieś nieprawdopodobne rozdwojenie, niespotykane nawet u najbardziej wyrafinowanych chorych umysłowo. Jakież więc było moje zdumienie, gdy coraz częściej konstatowałem, że Rudolf Steiner z największą pewnością i jasnością przeglądał i opanowywał wszelkie drobiazgi życiowe. Jego znajomość ludzi była wprost zdumiewająca. To, że się czasami na ludziach zawodził, zaobserwowałem tylko w takiej formie, że po niektórych więcej się spodziewał, niż oni dać zdołali. Dr Steiner zwracał się w nich do czegoś najlepszego, a odpowiadało mu często coś w nich najlichszego. Miał do rozdania i powierzenia ludziom najwyższe zadania – a nie miał takich, którym by je mógł poruczyć. Wybierał zatem z pośród tych, jacy byli, najlepszych, spodziewając się od nich czegoś najlepszego. Być może, że potem niewiele miał z tego pociechy, ale stwierdzić można było zawsze nie brak poznawania się na ludziach ze strony dr Steinera, ale niedociągnięcia ze strony tamtych.

Jedno też było dla mnie pewne: Jeśli w czyimś wnętrzu istnieje wielkie o sobie mniemanie, dążenie do potęgi i pycha, to nie da się to ukryć tak głęboko i na stałe, by choć jeden raz nie wykazało się w codziennych rozmowach. Jakżeż często trzeźwiałem nagle, jakby oblany zimną wodą, gdy jakiś wysoce szanowany i znakomity człowiek w rozmowie ze mną pozwolił niechcąco wyjrzeć przez jakąś szparę w swym płaszczu proroka – pospolitej pysze i zarozumiałości. Albo, gdy przy jakimś jego słowie, napomknieniu, czy nawet w tonie, w jakim o sobie mówił, otwierały się naraz ponure czeluści jego istoty. U dr Steinera nie przeżyłem czegoś podobnego nigdy, nawet w najmniejszej mierze. Przeciwnie, prawdą jest to, że jeśli się Rudolfa Steinera poznało dokładniej, wtedy nabierało się nowego poglądu i nowych pojęć w stosunku do wszystkich cnót ludzkich. On sam nigdy nie wystawiał siebie na pokaz, na oglądanie przez drugich, nawet w najbardziej osobistej rozmowie. Raczej krył się, aby go nie podziwiać i wolał być jak gdyby wciąż na nowo odkrywanym.

I tak np. uzyskiwało się całkiem nowe pojęcie o cnocie prawdziwości i rzetelności, gdy widziało się ścisłość i jasność, z jaką dawał odpowiedzi, z pełnym namysłem i rozwagą aż do słów i tonu, choć bez śladu „dyplomacji”, a tylko z największą dobrocią – także i do ludzi jak najmniej znaczących. Nigdy nie spostrzegłem u niego, by przez wzgląd na zewnętrzne korzyści wstrzymywał się od mówienia ludziom nieocukrzonej prawdy, albo do czynienia czegoś dla nich niewygodnego. Ludzie, odgrywający w świecie jakąś rolę, a zatem tacy, którzy mogliby mu być użyteczni, daremnie czekali, aby on się koło nich potrudził lub obok nich usadowił na scenie.

Uwielbienie kobiet psuje najczęściej prawie wszystkich mówców chętnie słuchanych. Prowadzi to do pewnych fałszywych tonów w mowie a także do fałszywych odcieni w ocenianiu samego siebie. I właśnie …(brak 29 str.) podziwu. Cechowała go wręcz objawiona czystość. Czci nie zabraniał, wiedział bowiem, że jest ona żyzną glebą dla wielu wysokich rzeczy. Był też całkowicie wolny od pogardliwej szorstkości, lecz nie znosił w stosunku do siebie ani śladu uczuć z podłożonym pod nie tonem innym, uczuć przepojonych pewnym duszącym oparem. I wreszcie dokonał tego, że otaczali go ludzie, którzy go czcili, ale bez jakichkolwiek marzeń o nim.

Wrażenie zatem, wywierane przez Rudolfa Steinera jako człowieka, było takie, że im dokładniej się go poznawało, tym bardziej rosło zaufanie do jego sprawy. Niezależnie od osobistości Rudolfa Steinera jako człowieka oraz zaufanie jakie budził, można było w stosunku do antropozofii dojść do pewnej jasności, gdy się próbowało zorientować w zdolnościach jasnowidzących dr Steinera w wypadkach całkiem osobistych. Nie było to łatwym zadaniem połączyć takt obowiązujący wobec drugiego człowieka, w tym wypadku bardzo wielkiego człowieka, z uzasadnioną żądzą wiedzy i nieosłabionym charakterem badania. Dr Steiner poddawał się zawsze chętnie takiemu mojemu badaniu i nie usuwał się od tego nigdy, ani wprost ani pośrednio przez jakąkolwiek niechętną wymówkę. Tu oczywiście nie można wszystkiego opowiedzieć, lecz to, co pod tym względem w ciągu lat całych przeżyłem, usuwało coraz bardziej wszelkie wątpliwości co do faktu rzeczywistego istnienia jego wyższych zdolności.

Chcąc opisać przeżycia, jakie się miało w obcowaniu z Rudolfem Steinerem, nie mogę całkiem przemilczeć moich rozmów o powtórnych wcieleniach. Dzisiejsze pokolenie może odniesie się do takich rozmów z drwinami, lecz przyszła generacja ma prawo, by i tu dowiedzieć się czegoś bardziej osobistego i będzie mi za to wdzięczna.

Zajmując się bliżej antropozofią, przypomniałem sobie, że jako dziecko i bardzo często później aż do 21 roku życia nosiłem się z tą myślą, że już nie jeden raz żyłem na Ziemi. Ta myśl wiodła niejako drugie życie obok życia normalnego, jakie rozwijałem w sobie jako syn ewangelickiej rodziny pastorskiej… Dopiero od 21 roku, gdy wszedłem świadomie w ducha swego czasu i gdy nie miałem już żadnej możliwości, by takie psychiczne wrażenia połączyć z poglądami czasów obecnych, ta myśl o powtórnym wcieleniu zniknęła całkiem. Co więcej, napisałem nawet artykuł w „Sueddeutschen Monatsheften”, w którym wywodziłem, że ta idea – a znałem ją wówczas tylko w formie hindusko-teozoficznej – posiada wprawdzie gdzieniegdzie przewagę nad wyobrażeniami chrześcijańskich zaświatów, wszelako nie da się absolutnie pogodzić z chrystianizmem i tylko wyraża w swych tendencjach pewne życzenia duszy, na które naturalnie należałoby zwrócić uwagę.

Teraz jednak, wobec nauki o reinkarnacji w formie, jaką podawał dr Steiner, moje chrześcijańskie sprzeciwy nie mogły się już utrzymać. Powiada się zazwyczaj tak: prawo przeznaczenia i powtórne wcielenia, czyli „karma” i „reinkarnacja” są całkowitym przeciwieństwem ewangelicznego głoszenia o zbawieniu. Przeciwko takiemu twierdzeniu zaznacza się tu z naciskiem, że te dwie prawdy, choć nie ma ich w ewangeliach, mogą być dzisiaj uznane za prawdy właśnie chrześcijańskie. Dla mnie są one nawet nie tyle wynikiem badań poznawczych wiedzy duchowej (choć one nimi są), co religijnym wymogiem dobrze zrozumianego chrystianizmu.

Pomyślmy tylko: Jakiś człowiek wstępuje po śmierci w światy wyższe. Co się z nim tam dzieje? Jakiś czas może będzie się cieszył, że porzucił Ziemię z całą jej nędzą, lecz potem, jeśli wolno mu będzie mieć jakąś prośbę, to jakąż ona będzie? Na pewno zechce on spotkać się znów z tymi, którym w czasie życia wyrządził coś złego i prosić będzie o taką sposobność, by tam gdzie wyrządził zło, mógł czynić dobro. Byłoby to właśnie „łaską”, którą by sobie wyprosił, gdyby mógł. Jeśli na Wschodzie prawo „karmy” pojawia się jako nieubłagana konieczność świata, to w świecie Chrystusa staje się ono „łaską”, staje się naszym własnym, wolnym życiem. I wyobraźmy sobie dalej, że człowiek na tamtym świecie będzie mógł zanieść jeszcze jedną prośbę. A wtedy czegóż to jeszcze będzie sobie życzył? Życzyć sobie będzie, by móc pomagać Chrystusowi, i to tam, gdzie dzieło jego jest najtrudniejsze do przeprowadzenia i najbardziej zagrożone; tam gzie sam Chrystus najwięcej cierpi i walczy. Gdyby to życzenie zostało spełnione, to sprowadziłoby tego człowieka z powrotem na Ziemię. To nie jest po chrześcijańsku pożądać tylko szczęścia i spokoju, z dala od nędzy ziemskiej. Po chrześcijańsku myśli się wtedy, gdy Chrystusa i niebo Chrystusowe pragnie się sprowadzić na Ziemię, a szczęście swe znajdować w coraz większym upodobnianiu się do Niego, a także w ciągłej współpracy z Nim wszędzie tam, gdzie On nas potrzebuje.

Jak się odbywały takie rozmowy o powtórnym wcieleniu z dr Steinerem – o tym należałoby tu w kilku słowach napomknąć. Najlżejszym tchnieniem nie pochlebiał on tu ludzkiej próżności. Przeciwnie, widziało się go, jak z największą skrupulatnością tępił to wszystko, co mogłoby się stać łupem ludzkiej próżności i pychy. Tak samo niedostępnym był dla każdego pytania, którym kierowała tylko ciekawość. Przypatrywałem się nieraz, gdy inni pytali. Jak wytrawny szermierz odparowywał on wszelkie próby, usiłujące wprost lub pośrednio wydobyć coś z niego. A czynił to zresztą bez szczególnego wysiłku. Zawracał rozmowy na tory rzeczowe, unikając osobistych sensacji. Tak samo, jak nikt nie odważył się go zapytać (jeśli tylko posiadał choćby najsłabsze poczucie sytuacji) kim byłem?- tym mniej możliwym było pytanie: kim ty byłeś? Następstwem takich pytań było jedynie to, że dr Steiner na długi czas usuwał takich ciekawskich ze swego otoczenia. Wszelkie, może nawet na półświadome, umizgiwanie się do swych dawniejszych wcieleń, wszelkie igranie z ta dziedziną, osądzał on po prostu jako zarazę, jako „dżumę”. Było to wyrażenie przez niego użyte.

Z drugiej jednak strony, nieraz nakłaniał R. Steiner poszczególnych ludzi do wewnętrznej aktywności w tej dziedzinie.

Najosobliwszym dla mnie było w nim to, jak wielu tajemnic świadom on był w tej dziedzinie i nosił zamknięte w sobie, a na koniec umierając zabrał ze sobą, bez podzielenia się nimi z kimkolwiek. Nie tylko, że nie dał sobie nigdy wydrzeć żadnej wzmianki o tym, ale nawet z przypadkowych oświadczeń ubocznych nie można było nigdy wyciągnąć żadnych o tym wniosków. Mówił tylko to, co mogło komuś dopomóc, a unikał wszystkiego, co mogłoby przynieść szkodę, choćby dopiero w przyszłości.

Trzeba było go widzieć, jak o tych kwestiach mówił w całkiem osobistej rozmowie. Jego wielkie, ciemne i głębokie oczy stawały się jeszcze głębsze. Ze świadomością swej odpowiedzialności – a większej i czyściejszej trudno sobie nawet wyobrazić – wymawiał uważnie każde słowo. Miało się wrażenie, jak gdyby wstępował w niewidzialną świątynię, w której przebywał na oczach wyższych Potęg.

Skoro nauka o powtórnych wcieleniach ma być odnowiona w duchu chrześcijańskim, to przynieść jej nie mógł człowiek bardziej niż on sumienny. Już niezależnie od wszystkiego, co się samemu sądziło o powtórnych wcieleniach, za każdym razem, gdy ktoś zagadnął Rudolfa Steinera w tej kwestii, myślałem sobie: „Gdybym był Opatrznością i poszukiwał człowieka tak wysoko stojącego moralnie, aby o tej kwestii mógł coś powiedzieć i innym o tym mówić, człowieka dorosłego do tego, by uniknąć niebezpieczeństw, grożących tak jemu jak i innym w tej dziedzinie, to wybór mój nie mógłby paść na nikogo, od niego godniejszego!”. A sposób, w jaki on tę sferę traktował, pozostał jakby świętą spuścizną, nie tylko dla Towarzystwa Antropozoficznego, ale dla całej ludzkości.

Jako duchowy wychowawca ludzi Rudolf Steiner w radach swych, im udzielanych, był niezmiernie przezorny i sumienny. Kto go widział w takich momentach, z jaką troską i starannością przystępował do tego – a ja go tak widziałem i obserwowałem nieraz – temu zdawało się, że teraz dopiero zaczyna naprawdę rozumieć, co to jest sumienność pełna takiej baczności i uwagi, jakiej nigdy poza tym nie spotykałem. W każdym słowie, nawet w tonie, przebijał głęboki namysł i rozwaga w obliczu faktów duchowych, jakie miał przed sobą, lecz ten głęboki wgląd w czyjąś duszę uzewnętrzniał się u niego tylko w bezpośredniej łagodności i dobrotliwości.

Tak jak ma się zaufanie do lekarza, krzątającego się przy łożu śmiertelnie chorego, tak w takich momentach rodziło się uczucie głębokiego zaufania do Rudolfa Steinera. Rozmawiałem z setką może ludzi, którzy od Rudolfa Steinera otrzymali wskazówki. Coraz większe zdumienie ogarniało mnie, gdy widziałem, ile istnień ludzkich przesunęło się przed jego duszą, jak ofiarnie im się oddawał, jak pewnie i rozumnie ich prowadził. Czasami, gdy ktoś mi opowiadał, co mu dr Steiner doradził, wstrząśnięty wprost byłem tym, jak rada ta błyskawicznie rozjaśniała istotę danego człowieka. Żaden z tych ludzi w najbardziej zaufanej rozmowie nie wspomniał nigdy o jakiejś szkodzie, którą by poniósł na skutek wskazówek dr Steinera. Wszyscy bez wyjątku, którzy za tymi wskazówkami poszli, mówili o nich z największą wdzięcznością. Dały im one silne oparcie życiowe, bezpieczny kierunek ku górze, najgłębszą radość życia i rozjaśniające zdobycze duchowe. Wszyscy bez wyjątku czuli się na niezawodnej drodze do ducha.

Poznałem też dr Steinera jako kierownika i uczestnika zebrań Tow. Antropozoficznego. Często siedział on pozornie nie biorąc udziału. Podparł swą umęczoną głowę i wydawało się, że drzemie. Pozwalał mówić innym, którzy zrazu – z uwagi na jego obecność – bardzo ostrożnie ale potem coraz śmielej i żywiej przemawiali. Byli to wszyscy ludzie rozumni, wysoce uzdolnieni w najrozmaitszych dziedzinach życia. Dr Steiner nieprzenikniony przysłuchiwał się tylko. Naraz zabierał głos. I wtedy od razu przemówienia tamtych ludzi stawały przed nami w całej ich mizerii. Wyższość, jaka się tu przebijała, była tak przemożna, że duchowo było to boskie widowisko, ale dla danych ludzi nieraz osobistą katastrofą. Ci dzielni ludzie przechodzili przez momenty bardzo krytyczne w związku ze swymi uczuciami samolubnymi. Podobnej przewagi i wyższości jednego człowieka nie spotkałem dotychczas nigdy w tych bardzo wielu zebraniach, w jakich brałem udział w ciągu dziesiątków lat swego życia. Dr Steiner mówił, a całe wielogłowe zebranie stawało się naraz jednolite i zgodne. Protest stawał się co najmniej nieistotny. Każdy patrzył jak urzeczony na to, czego nigdy nie widział.

Z dr Steinerem prowadziłem dość rzadko rozmowy z dziedziny wiedzy przyrodniczej. Moje specjalne wykształcenie humanistyczne przeszkadzało mi w postawieniu tych rozmów na takiej wyżynie, do której jedynie mogły one rościć sobie słuszne prawo. Tu musieli głos zabrać inni ludzie. Jednakże o sobie mogę to tylko powiedzieć, że dopiero teraz, w oświetleniu wiedzy duchowej, zaczęły mnie nauki przyrodnicze naprawdę interesować. Jakąż ulgą i wyzwoleniem było dla człowieka, którego dotychczasowe zainteresowania obracały się głównie około zagadnień religijnych, móc teraz spoglądać na taką wiedzę przyrodniczą, która nie zimno i obojętnie a nawet wrogo odnosi się do religii, znając jedynie martwe prawidła, ale która wskazać może na żywego boskiego Ducha, prześwietlającego te wszystkie, razem wzięte nauki i uświęcające je jakby wspaniałym chrztem duchowym, ponieważ pozwala wypromienić się z nich tym samym objawieniem, w głębi rzeczy ukrytym, jakie w ciągu dziejów odsłoniły się religii.

To, co już na wiele lat przedtem przepowiedziałem, że prawa fizyki i chemii okażą się kiedyś dla czystego poznania wypromieniowaniami tego samego Boga dobroci, jaki objawił się w chrystianizmie, to stanęło teraz przede mną w bezpośredniej i dotykalnej bliskości.

W latach późniejszych, rozmowy jakie dawniej prowadziliśmy z dr Steinerem nie miały już miejsca. Przecież wszyscy widzieliśmy to straszne brzemię Atlasu, jakie on co dzień dźwigał na sobie.

Skoro tylko przyjechał do Stuttgartu (gdzie wówczas mieszkałem), już przed drzwiami jego stały z prośbą: Szkoła Waldorfska, „Kommende Tag”, Instytut Badań Przyrodniczych, Wydawnictwo, Kierownictwo czasopisma, Ruch młodzieżowy i wreszcie Tow. Antropozoficzne. To wszystko czerpało siły z jego sił. W nich wszystkich czynnym był jego duch w sposób określony. Gdzie ludzie niedorośli coś spartaczyli, on musiał naprowadzać na właściwe tory.

Jedno było tylko pytanie: co z tych koniecznych rzeczy jest najkonieczniejsze?

Przypominam sobie jedną chwilę, gdy miałem wielką ochotę zadać mu pewne osobiste pytanie i spojrzałem mu w oczy. A wtedy ujrzałem, że gałki jego oczu na skutek nocnego czuwania wyschły zupełnie i przez tę suchość całe płonęły od żaru. I słowa zamarły mi na ustach.

Rozmiary, jakie w ostatnich latach życia przybrała jego działalność i jej natężenie było tak olbrzymie, że sam widok tego po prostu zapierał dech w piersiach. Nadeszły takie tygodnie, w ciągu których wygłosił on w niespełna miesiąc około siedemdziesięciu wykładów. Jeden wykład co dzień dla lekarzy i teologów, jeden dla aktorów i artystów, jeden dla samych teologów i jeden wykład dla zgromadzonych członków Tow. Antropozoficznego. Prócz tego co drugi dzień wykład dla robotników, zajętych przy budowie Goetheanum. A te wszystkie wykłady mówione były do fachowców. We wszystkich dziedzinach przynosiły niesłychane mnóstwo nowości. Te wszystkie wykłady zachowane są w stenogramach.

0 tym, co się wówczas działo, niech wyrok swój wydadzą czasy, jakie nadejdą! W ciągu każdego dnia, które wówczas jedne po drugich następowały, działo się tak wiele, że trzeba by chyba dla każdego z tych dni osobnego studium. Zapytywałem siebie bez końca: gdzież istniało coś podobnego w całej historii świata? czyż można nazwać ślepym entuzjazmem, jeśli się to widzi? czy może raczej jest to bezmyślną tępotą, jeśli się tego nie spostrzega?

Rudolf Steiner, który już często bardzo osłabiony przychodził na wykłady, podczas których widomie wracał do sił i jakby na nowo odżywał. Ale, że prócz tego podołać musiał dwustu audiencjom suplikantów (odwiedzających liczył odźwierny, gdyż dr Steiner nigdy tego nie czynił, ani o tym nie mówił) – to już było nad jego siły! A ludzie w sposób bezwzględny – na to mogę dać przykłady – zużywali go dla swoich spraw osobistych!

Jeszcze przed laty dr Steiner, widząc moją działalność duszpasterską, a która przecież była o wiele skromniejsza, rzekł tak do mojej żony: „Musi się on powstrzymać od przyjmowania tak wielu odwiedzin. To wszystko, co ci ludzie mu mówią, tkwi potem w nim samym – a to czyni go chorym!”.

Lecz kto zdaje sobie z tego sprawę, ile potrzeba wewnętrznego oddania się i samozaparcia dla dokonywania prawdziwej obserwacji duchowej, która o wiele przewyższa to, co się zwyczajnie określa słowem „miłość”- ten tylko potrafi zmierzyć, co się wówczas działo!

Sam Rudolf Steiner w czasie swej ostatniej choroby wyraził się tak, że nie wykłady go dobiły, ale za wiele takich osobistych rozmów. Już dawniej raz, gdy jeden z członków Zarządu zwrócił się do antropozofów z prośbą, by miłość swą do dr Steinera okazali w ten sposób, że przestaną go tak bardzo absorbować swymi osobistymi sprawami – on sam dał na to taką odpowiedź: „Jedyną miłość jaką mi można okazać jest to, aby skoro tego zajdzie potrzeba wzywać mnie we dnie i w nocy!” – Ale właśnie to: „skoro tego zajdzie potrzeba”- nie zawsze brane było pod uwagę z całą powagą i poczuciem odpowiedzialności! Tak więc można by to określić sposobem religijnym, że dr Steiner umarł z powodu „grzechów ludzkich”, gdyż przyczynili się do tego zarówno ci z zewnątrz, jak i z wewnątrz. Jego gotowość do niesienia wszystkim pomocy, pełna zawsze miłości i oddania, doprowadziła go do śmierci.

Lecz gdy ta śmierć nadeszła, było to dla nas ciosem, ponieważ nikt z nas nie przypuszczał, by Rudolfa Steinera pokonać mogła choroba!

I oto leżała ta śmiertelna jego powłoka, opuszczona przez dalej kroczącego ducha, na łożu śmierci, u stóp statuy Chrystusa, która prawie ukończona tam stała. Kto miał sposobność obserwować twarze zmarłych, ten nieraz dostrzegał, co potrafi uczynić z ciała w ciągu jednego życia wielki duch. Tu zaś wyżyna duchowa i czystość rysów dorastała każdemu porównaniu i nie ustępowała przed żadnym egzaminem. Jego maska pośmiertna – jeśli kiedyś obraz jej będzie oddany ludziom – dla wielu być może przekonywującym tego dowodem.

Gdyby się dziś kto spytał, dlaczego jestem antropozofem, odpowiedziałbym tak: Przede wszystkim dlatego, że tu roztacza się obraz świata, w którym chrześcijaństwo może żyć i iść w przyszłość.

Bez niego zaś nie mogłoby ono, w sensie wyższym, istnieć trwale na Ziemi. Antropozofia jest dla mnie tym czynem, który ludzkość stanowczo wyprowadza z materializmu, jest duchowym czynem wyzwolenia wypromienionym na całą ludzkość, ratunkiem chrystianizmu, pochodzącym z oczyszczonego ducha badań tych czasów.

Prawdziwym żywym słowem Chrystusa, skierowanym do czasów teraźniejszych, jakie konieczne było, aby ludzkość nie stoczyła się w przepaść!

Nigdzie, gdziekolwiek tylko skieruję swe oczy, nie widzę nic podobnie wielkiego! Dlaczegóż zwlekać, gdy daną została pomoc.

dr H. Poveli

Ze sprawozdania dla Uniwersytetu Vermont w Burlington (USA)

…Podczas mego pobytu w Europie dokonałem odkrycia pierwszorzędnej wagi i wielkości. Oto na horyzoncie ukazała mi się jasna jutrzenka lepszej przyszłości. Przeżycie moje było takie.

Był tam człowiek, którego nazwać można „prawdziwym człowiekiem”, człowiek reprezentujący tak wielki impuls moralny, że świat od wieków już takiego nie posiadał, człowiek, który cicho i niepostrzeżenie, jak to jest właściwe każdej prawdziwej wielkości, dokonał dla ludzkości na przełomie XIX i XX stulecia wspaniałej pracy wychowawczej. I to w czasie, kiedy utraconą już została wszelka nadzieją, by znaleźć drogę wyjścia z plątaniny nierozwiązalnych problemów, jakie ludzkość gnębią.

W ciągu stosunkowo krótkiego czasu 25-cio letniej najintensywniejszej swej publicznej działalności, wydał on ponad 200 dzieł i wygłosił więcej niż 6000 wykładów i cyklów wykładowych z najróżniejszych dziedzin.

Prawdopodobnie wielu z Was nie słyszało jego imienia, ale za 500 lat świat będzie już doskonale wiedział, kim był Rudolf Steiner!

Ludzkość w wielu dziedzinach weszła na fałszywe tory, przeto koniecznym był nadludzki wprost wysiłek, aby powstrzymać ją od pogrążenia się w całkowity, ostateczny chaos! I oto człowiek ten nadał nowy kierunek najróżniejszym działom nauki i sztuki, a to: wiedzy przyrodniczej, filozofii, psychologii, socjologii i pedagogice, ekonomii, religii, dramatowi, malarstwu, plastyce i architekturze. Uczeni we wszystkich krajach świata podchwytują te nowe impulsy i z uwagą studiują. Archiwum jego zawiera poza tym niezliczone jeszcze skarby.

Dr Steiner podłożył po wieczne czasy mocne podwaliny dla nauki i sztuki ludzkości. Oby tę dobrą wieść i to jego posłannictwo przyjął świat raczej dzięki pogłębieniu swego myślenia, niż przez przykre doświadczenia, które są zawsze następstwem niewiedzy!

Indywidualność dr Steinera jest wzorem moralnej rycerskości, moralnego szlachectwa, tak bardzo podziwianego przez Amerykanina, a która jedynie jest w stanie uratować świat. Jemu to zawdzięczamy, że na problem ludzkiego rozwoju spoglądać możemy w świetle mądrze i z sensem kierowanych i naprzód postępujących epok kulturalnych, zaś w rozwoju indywidualnym dostrzegamy linię wykresu stopniowo wznoszącą się w górę.

Nauki jego dalekie są od dyletantyzmu albo taniego szerzenia półprawd. Z wyjątkiem około pół tuzina dzieł wprowadzających, książki dr Steinera nie są łatwe i zrozumieć je można tylko w oparciu na podstawowych jego dziełach.

Głównym jego celem nie było rozpowszechnianie najgłębszych prawd, ale wskazanie drogi, jak my sami do nich dojść możemy.

W tym celu dopracować się trzeba do pewnego rodzaju wyższej logiki. Lecz choćby jak trudno było przebić się do tej „kopalni złota” dla poznania i impulsów myślowych – to jednak wysiłek ten tysiąckrotnie się opłaci.

Oświadczam to nie w przystępie chwilowego entuzjazmu, ale w świetle wnikliwego i niezmordowanego studium.

Świat dotychczas posuwał się – by tak rzec – w kierunku horyzontalnym. Obecnie dołączyć się do tego musi kierunek pionowy, z głębi naszych studiów nad problemami życia wyrastający. Nigdy nie ulepszymy świata, jeśli nie zdołamy polepszyć ludzi, jako takich.

Przekład: J. Chudzikowskiej

close

NEWSLETTER

ZAPISZ SIĘ I OTRZYMUJ COTYGODNIOWY NEWSLETTER O NOWOŚCIACH NA STRONIE ANTROPOZOFIA.NET

Nie spamujemy! Przeczytaj naszą politykę prywatności.

Możesz również polubić…

5 1 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x