Tydzień Męki Pańskiej: Wielki Piątek

Emil Bock, Trzy Lata.Tydzień Męki Pańskiej – wydarzenia tygodnia pasyjnego. fragmenty książki[1]  – tłumaczenie robocze. Intermediarius: B.S. Ilustracja: Giotto, Pocałunek Judasza

Na koniec Cichego Tygodnia zapada prawdziwa i odczuwalna cisza. Zmienia się postawa Jezusa. Iskrząca się wola walki nie pojawia się już tak jak wcześniej. Między północą a wschodem Słońca, gdy w Getsemani poplecznicy kładą ręce na Tego, którego pocałował Judasz, On nie stawia im oporu. Raczej chroni Piotra, który chce walczyć dla Niego. I tak widzimy Go, szorstko złapanego przez nieczyste ręce, wleczonego z jednego końca miasta na drugi. Pozornie bezradny, zostaje wydany w ręce tych, którzy Go biczują i koronują Jego czoło cierniem, tych, którzy plują na Niego i uderzają w Jego twarz. Widzów dramatu ogarnia głębokie wzruszenie i żal, gdy oprawcy w końcu zmuszają słaniającego się Jezusa do dźwigania ciężkiego krzyża i gdy przybijają Go do niego z bezlitosną surowością. Gdzie jest siła walki, która wciąż tryskała wokół niego jak błyskawice i iskry ognia w pierwszych dniach tygodnia? Czy już zrezygnował z walki w obliczu ślepoty i niegodziwości ludzi?

          Tylko z zewnątrz postawa bojownika-bohatera została zastąpiona pozbawioną woli, bierną akceptacją losu. Ten, którego ludzie torturują i krzyżują, jest kimś więcej niż tylko człowiekiem. W scenach Wielkiego Tygodnia ukryte jest boskie przeznaczenie: walka, która w poprzednich dniach toczyła się przy pomocy ludzkich środków, teraz będzie kontynuowana w sferach niewidzialnych. Usunięty z pola widzenia, wkracza w znacznie potężniejsze wymiary. Chrystus nie walczy z ciałem i krwią, ale z niewidzialnymi siłami przeciwnika, spod którego tyranii chce wyzwolić ludzkość. Prowadzi on wojnę przeciwko siłom Lucyfera, błyszczącymi istotami zwodzącymi, które chcą oddzielić człowieka od Ziemi. Jest On również w stanie wojny przeciwko siłom arymanicznym, które chcą związać człowieka w kajdany, zakuć go w martwą materię.

          Jeśli dobrze przyjrzymy się tym scenom, zobaczymy Chrystusa toczącego zwycięską walkę najpierw z siłami lucyferycznymi, a następnie z siłami arymanicznymi kosmosu. W Niedzielę Palmową to wybuch duchowości lucyferycznej wywołał w ludziach „Hosannę”, niewiarygodną, pozorną duchowość. Była to jednak duchowość niewystarczająca i zawodna, dla której nie ma już miejsca w postępie ludzkości. Widzieliśmy, jak Chrystus odrzuca tę starą duchowość, która w poniedziałek stała się lucyferyczna. We wtorek widzimy, jak wchodzi już na inną arenę zmagań: jego pełne mocy duchowej słowa rozbijają się o warstwę bystrego, przebiegłego intelektu. Zimny arymaniczny spryt i przebiegłość już przemawiają przez pytających, którzy chcą mu założyć pętlę. Widzimy, jak zaczyna zwracać się do innych, ciemniejszych przeciwników. Moc arymaniczna działa o wiele bardziej w sferze ludzkiej niż w sferze samej substancji materialnej. Działa w strefie ukrytej i tajemniczej. A kiedy w trakcie dramatu Męki Pańskiej Chrystus pozornie złożył broń i wycofał się, w rzeczywistości wszedł tylko w ukryte strefy władzy arymaniczno-lucyferycznej, aby ją tam pokonać i zwyciężyć. 

          Władza, jaką Aryman posiada nad człowiekiem, objawia się w sposób najbardziej triumfalny, gdy zbliża się do niego pod postacią śmierci. W rozwoju ludzkości aż do przełomu dziejów śmierć, która początkowo była ojcowską przyjaciółką człowieka, coraz bardziej przybierała cechy Arymana. Mroczny duch wiedział, jak wykorzystać narzucone ludzkości fatum śmierci i uczynił z niego najostrzejszą broń w swojej walce przeciwko ludzkości. Władza, jaką ma nad nami śmierć, nie polega tylko na tym, że musimy umrzeć; tak naprawdę ujawnia się ona dopiero po śmierci. Wówczas okaże się, czy po odłożeniu naszego ziemskiego ciała możemy nadal pozostawać w łączności z tym, co dzieje się na Ziemi, w kręgu tych, do których należymy. W tym właśnie tkwi prawdziwa władza śmierci nad nami – mianowicie, że może ona wyrwać nas z ziemskiego życia i wysłać w niewolę nieodwracalnego życia pozagrobowego. Arymaniczna moc śmierci oszukuje człowieka i wiąże go z Ziemią.

          Podczas życia ziemskiego wiąże go ze światem materialnym. Daje mu wszystkie obietnice ziemskiego spełnienia, tylko po to, by po śmierci już ich nie dotrzymać. Im bardziej przyziemny jest człowiek w życiu, tym bardziej nieuchronne jest dla niego zaciemnienie jego życia po śmierci. Tylko ci, którzy podczas ziemskiego życia zdobyli duchowe podstawy, mogą po śmierci wywierać wpływ na to, co ziemskie i zachować pomocną łączność z tymi, którzy jeszcze żyją na Ziemi. Po śmierci posiadamy tylko tyle władzy ducha nad materią, ile osiągnęliśmy na Ziemi. W ten sposób dotykamy sfery, w której Chrystus kontynuuje walkę w postępującym dramacie Męki Pańskiej. W tej dziedzinie posuwa się naprzód tym bardziej, im bardziej wydaje się światu zewnętrznemu, że jest biernie zdany na łaskę i niełaskę potęg, które go dosięgają. Nie broni się przed ludźmi, nie uzewnętrznia chęci uniknięcia cierpienia i śmierci. Ale nie tylko stawia opór arymaniczno-lucyferyycznej władzy, jaką śmierć rości sobie mieć nad wewnętrznym człowiekiem, ale odnosi nad nią jedno zwycięstwo po drugim.

          Kiedy w Wielki Czwartek wieczorem w pokoju Wieczernika Chrystus podaje uczniom święty posiłek, wygląda to tak, jakby nie było żadnej walki. A jednak, jakże wspaniałe zwycięstwo odnosi nad duchem ciężkości i martwej materii; Chrystus bierze do ręki chleb i wino, które padły ofiarą materialnych sił doczesnych, i czyni je świetlistymi dzięki słonecznej mocy swego serca. Wyrywa ziemskie stworzenie z mocy ciemności i czyni je ciałem i krwią swojej świetlistej istoty. Przypuszczamy, że jeśli teraz, gdy jest jeszcze w ciele, może On tak uduchowić elementy ziemskie, że stają się świetliste, to będzie mógł to uczynić również po swojej śmierci na krzyżu, i to bardziej niż kiedykolwiek.

          W Getsemani walka z przemocą śmierci wchodzi w decydującą fazę. Tutaj, w cichym gaju oliwnym, w którym tak często przebywał, by udzielać uczniom poufnych nauk, musiał w największym osamotnieniu odeprzeć najgroźniejszy atak wroga. Cud komunii, który właśnie ustanowił w Wieczerniku dla zbawienia przyszłości ludzkości, nie przynosi mu korzyści. Świadomość uczniów nie dorównuje wielkości chwili. Judasz pogrążył się w nocy zdrady. Ale inni też go porzucają. Pogrążają się w półmroku snu Getsemani, z którego Piotr się Go wyprze.

(*wyjaśnienie ewangeliczne:  Od pierwszej do czwartej Ewangelii dosłowne tłumaczenie tekstu zawiera coraz większe rozwikłanie tajemnicy Getsemani. Dwie pierwsze Ewangelie mówią tylko: „I przyszli na miejsce zwane Getsemani” (Mk, 14,32). W tym momencie powinniśmy już mieć wrażenie, że jest to po prostu nowe miejsce. U Łukasza tekst ma już inny kierunek: „I wyszedł, i poszedł według swego zwyczaju na Górę Oliwną, a uczniowie szli za Nim” (Ł, 22,39). Droga prowadzi nie dokądkolwiek, ale tam, gdzie często przebywał Jezus. Ewangelia Jana przynosi wreszcie pełne ujawnienie: „Po tym Jezus wyszedł ze swymi uczniami za potok Cedron, gdzie był ogród, do którego wszedł wraz ze swymi uczniami. Także Judasz, który Go zdradził, znał to miejsce, gdyż Jezus często spotykał się tam ze swoimi uczniami” (J,18,1-2). Getsemani jest więc miejscem ezoterycznej nauki apostolskiej. Las rozciąga się aż po sam szczyt Góry Oliwnej, która była również sceną Apokalipsy Górskiej w wieczór Wielkiego Wtorku).

          To nie z wewnętrzną słabością i strachem przed śmiercią Chrystus musi się zmagać w Getsemani. Trudno o bardziej tragiczne niezrozumienie całej Męki Pańskiej niż przekonanie, że Jezus modlił się w Getsemani o oszczędzenie mu śmierci. To nie strach przed śmiercią, ale sama śmierć jest dla niego wyzwaniem. Moc śmierci, która już boi się stracić nad nim władzę, staje przed nim i sięga po niego. Anioł śmierci chce go pochwycić. Tajemnica walki w Getsemani polega na tym, że śmierć chce Go przechytrzyć. Chce Go oderwać zbyt wcześnie, aby opanować choć część Jego istoty, zanim dokończy On swoje dzieło i przeniknie swoim duchem wszystko to, co ziemskie,

          Przez trzy lata w jego ciele i duszy płonął słoneczny ogień boskiego Ja. Ludzkie ciało prawie spłonęły od środka. To, co ma być przeniesione i dokończone, wymaga jeszcze tak wiele siły ze strony ziemskiej powłoki, że pojawia się niebezpieczeństwo przedwczesnej śmierci. Czekająca moc arymaniczna chce wykorzystać ten moment. Łukasz, lekarz, opisuje to, co się dzieje, w dokładnych słowach. To tylko wina zwykłych tłumaczeń, że mimo to scena ta została źle zrozumiana przez fałszywe uczłowieczenie. Tam, gdzie Biblia Lutra mówi: „I stało się, że zmagał się ze śmiercią, i modlił się jeszcze gorliwiej”, tekst brzmi dosłownie: „Gdy przyszedł w agonii„. Tak więc w sensie medyczno-technicznym agonia już trwa. Łukasz dodaje: „A pot jego stał się jak wielkie krople krwi, które skapywały na ziemię” (22,44) – wskazuje na dokładny objaw agonii.

          Chrystus pozostaje zwycięzcą. On odrzuca śmierć. To jeszcze nie jest tak daleko. Dzięki najpotężniejszej modlitwie, jaka kiedykolwiek powstała na Ziemi, z trudem udaje mu się pozostać w ciele. Jest nawet echo tej walki, gdy na krzyżu wypowiada słowa, które zdają się zdradzać słabość: „Pragnę”. Pozostaje wierny temu, co ziemskie, nawet tuż przed wydaniem ostatniego tchnienia. Nie chce przejść do świata duchowego przez samą śmierć. Chce, aby po przejściu przez śmierć pozostać związanym z ziemią. To będzie jego zwycięstwo nad śmiercią. Wchodzi jeszcze głębiej w ziemski świat materii, który nosi ze sobą poprzez swoje ciało fizyczne. Pozostała jeszcze część do wypełnienia. Nawet tego nie chce zostawić księciu tego świata, który już uwierzył, że ziemska sfera materialna jest jego własnością. W końcu to nawet Judasz zbliża się do Niego, aby złożyć pocałunek zdrady, który pomaga mu odrzucić władzę szatana, narażając go na przedwczesną śmierć. Pozostali uczniowie, którzy pozostają wierni Chrystusowi, w rzeczywistości porzucają Go. Ten, który Go zdradził, stanął po Jego stronie i – nieświadomie – pomógł Mu.

          Arena dramatu przeniosła się ponownie w sferę relacji międzyludzkich. W przedpołudnie Wielkiego Piątku Chrystus spotyka się z całą ludzkością, która w osobach Kajfasza, Piłata i Heroda miała swoich przedstawicieli w wielkim dramacie. Następnie ścieżka prowadzi na wzgórze Golgoty. Widzimy, jak żołnierze wbijają gwoździe w dłonie i stopy Chrystusa, i wydaje się, że teraz znosi On wszystko, jakby przeszedł do skrajnej bierności. W rzeczywistości, dzięki lekarstwu z najbardziej gorzkiego bólu, jego wnętrze zdobyło ostatnią władzę ducha nad tym, co materialne, tak że świat śmierci nie może mu już zaszkodzić. Siły arymaniczne, siły śmierci, są tego świadome. Z ostatnim wysiłkiem podnoszą się, oszalałe z wściekłości i furii. 

          Kiedy Słońce ciemnieje na wiele godzin w parne południe Wielkiego Piątku, to tak jakby demon Słońca był już wzywany przeciwko bóstwu Słońca. A kiedy Ziemia drży, wszystkie ziemskie demony zdają się spieszyć, by pomóc szatańskiej mocy śmierci odnieść zwycięstwo. Antychryst porusza żywioły Ziemi, a nawet siły nieba. Chrystus jednak bez wahania przechodzi przez moc śmierci. Śmierć nie może w żaden sposób odebrać suwerenności Jego Ducha, Jego władzy nad wszelkim bytem ziemskim. Kosmiczne moce, które wybuchają w godzinie Golgoty, są zgodne z Jego wolą. Do prześladowców w Getsemani powiedział: „Teraz nadeszła wasza godzina. Teraz ciemność ma moc.” (Łk, 22, 53). Kiedy Słońce jest zaciemnione, nie dzieje się nic innego, jak tylko to, na co sam Chrystus dał znak.

          W czasie zaćmienia Golgoty ujawniła się tajemnica, na którą możemy jedynie ostrożnie wskazywać. Ciało wiszące na krzyżu zaczęło świecić. Kiedy w niektórych regionach wiejskich na polach i przy drogach stoją krucyfiksy z pozłacanym ciałem na czarnym krzyżu, z naiwnej i mądrej tradycji ludowej żyje w nich ważna tajemnica Wielkiego Piątku. Tajemniczy blask Słońca przebijał się przez pochmurną południową noc. Słońce Chrystusa pokazało się, gdy zewnętrzne Słońce pociemniało. W mroki Wielkiego Piątku wdzierał się już promień wielkanocny. Ostatnie z siedmiu słów wypowiedzianych na krzyżu: „Wykonało się”, nie oznacza, końca męki. Oznacza to, że dokonało się całkowite zwycięstwo nad potęgą śmierci. Kiedyś było tak, że człowiek po jednym ziemskim życiu uwikłanym w materię, był wysyłany przez śmierć do zaświatów. Po swoim ostatnim oddechu Chrystus kieruje się prosto na Ziemię. Krew z Jego ran – a wraz z nią Jego dusza – przenika ciało Ziemi.

          W przeciwnym razie, gdy człowiek przeleje swoją krew, krew i dusza idą w różne strony. Tutaj dusza idzie z krwią. Następnie ciało jest składane do grobu. Podczas trzęsienia Ziemi otwiera się Ziemia i zabiera do niej ciało Chrystusa; dusza idzie z ciałem. W przeciwnym razie, gdy porzucone ciało ludzkie jest składane do grobu, ciało i dusza idą w przeciwne strony. Tutaj dusza podąża tą samą drogą w kierunku Ziemi. Jest to wielka kosmiczna ofiara miłości, którą Chrystus może złożyć za całe ziemskie istnienie, ponieważ śmierć nie może Mu już w tym przeszkodzić. Ziemia otrzymuje Ciało i Krew Chrystusa. Przyjmuje wielką komunię, ponieważ śmierć nie ma władzy nad Tym, który umiera na krzyżu. W ten sposób w całym ziemskim istnieniu pojawia się ferment, lekarstwo na uduchowienie całego ziemskiego bytu materialnego.

Przez trzy dni trwa jeszcze czar śmierci, podobnie po śmierci każdego człowieka przez trzy dni trwa pewien święty zastój losu. Trzy dni po śmierci cielesnej śmierć znów ma nieubłaganą władzę nad człowiekiem. Zrzuciwszy ciało ziemskie, rozwiązuje teraz także ciało życiowe, eteryczne człowieka i rozprasza je w kosmosie. Blask zwłok na krzyżu otwiera perspektywę wielkanocną: Moc śmierci nie będzie w stanie rozpuścić eterycznego ciała Chrystusa trzeciego dnia. Dzięki władzy, jaką Chrystus zachowuje nad swoją istotą, ta powłoka eteryczna nie usunie się z Ziemi, lecz przeciwnie, umocni się tak, że dzięki niej Chrystus będzie mógł jeszcze bardziej zjednoczyć się ze wszystkim, co ziemskie. W swojej duchowej cielesności Chrystus pozostaje blisko ludzi, jak sam obiecał: Ja pozostanę z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”(Mt, 28,20).

To jest moc, dzięki której Chrystus odniósł zwycięstwo nad śmiercią: jest to miłość kosmiczna, która w Nim przybrała ludzką postać. Piłat mógł powiedzieć o istocie pod purpurową szatą z ciałem ubiczowanym i cierniem ukoronowanym: „Oto człowiek!” Właśnie teraz i my możemy powiedzieć: Ten, który zawisł na krzyżu, aby dokonać w śmierci majestatycznego aktu miłości; Ten, który przemienił wszystkie stworzenia Ziemi, jest w istocie najprawdziwszym i najświętszym obrazem człowieka. Christian Morgenstern wyraził to w poetyckich słowach:

Ich habe den MENSCHEN gesehn in seiner tiefsten Gestalt,

ich kenne die Welt bis auf den Grundgehalt.

Ich weiß, daß Liebe, Liebe ihr tiefster Sinn,

und daß ich da, um immer mehr zu lieben, bin.

Ich breite die Arme aus, wie ER getan,

ich möchte die ganze Welt, wie ER, umfahn.

[Ujrzałem człowieka w jego najgłębszej postaci,

poznałem świat aż do jego głębi.

Wiem że miłość, miłość jest jego największym sensem

i że jestem tu po to, by kochać coraz bardziej.

Otwieram ramiona tak jak On,

chcę objąć cały świat jak On!]

(Ujrzałem  CZŁOWIEKA  w jego najgłębszej postaci,         

I nasz świat poznałem aż do jego głębi.

I wiem teraz, że miłość — że właśnie miłość — jest jego najgłębszym sensem.             Bo zrozumiałem, że jestem tutu po to, ażeby kochać coraz bardziej.                                                   Dlatego moje ramiona otwieram szeroko – tak jak On to uczynił, 

Albowiem ja także chcę świat przygarnąć do mojego serca – tak jak On to uczynił.)  

Christian Morgenstern (1871 – 1914), niemiecki pisarz, dramaturg, dziennikarz i tłumacz

close

NEWSLETTER

ZAPISZ SIĘ I OTRZYMUJ COTYGODNIOWY NEWSLETTER O NOWOŚCIACH NA STRONIE ANTROPOZOFIA.NET

Nie spamujemy! Przeczytaj naszą politykę prywatności.

Może Ci się również spodoba

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x