Tydzień Męki Pańskiej: Wielki Wtorek

T R Z Y   L A T A, EMIL Bock, Tydzień Męki Pańskiej – wydarzenia tygodnia pasyjnegofragmenty książki[1]  – tłumaczenie robocze. Intermediarius: B.S. Ilustracja: Giotto, Wręczenie srebrników Judaszowi

Zaczyna się następny dzień. Po cichu, bez frenetycznego podniecenia szabatu, Jezus ponownie wchodzi do świętego miasta z uczniami. Potężne fale uniesienia powoli wygasają. Jezus, choć otoczony już błyskawicami i napięciem związanym ze zbliżającą się decyzją, nadal chce być posłuszny prawu, aż do ostatniej chwili. Wypełnia święty zwyczaj przygotowania Paschy. Składa swoje ofiary. Ale wyczuwamy: On sam jest ofiarą, która jest prowadzona w górę. Już teraz otaczają go płomienie, które chcą pochłonąć ofiarę. Wrogość i nienawiść ludu płoną przeciwko niemu. W niedzielę mogło się jeszcze wydawać, że duchowe Słońce, które wznosi się w nim ponad horyzont dramatu, współgra ze Słońcem naturalnym, które rozpala w duszach ludzi entuzjazm wiosny. 

          W poniedziałek podstępność staje się oczywista.  W pasyjny wtorek tajemniczy dramat przekracza bierne zaprzeczanie starego świata, a Jezus – z dnia na dzień coraz bardziej majestatyczny – przejmuje władzę nad miastem. Im bardziej tłum milknie, tym bardziej majestatyczna wola spływa z jego twarzy. Nadszedł dzień Marsa: bitwa rozgorzała na dobre. Tłum zamilkł, jego przywódcy są pełni strachu, a strach jest źródłem nienawiści, która prowadzi do ataku. Każdy oddział armii przeciwnika wysyła swoich napastników do przodu. Jedna grupa za drugą wykonuje ruch w kierunku suwerena. Jeden po drugim zadają swoje podchwytliwe pytania. To, co ma być policzkiem w twarz lub ciosem w plecy, jest ukryte w formie pytania. Najpierw podchodzą arcykapłani, uczeni w Piśmie i starsi, czyli członkowie synodu żydowskiego Sanhedrynu.

          Pytają Jezusa, z jakiej mocy działa. Jest zobowiązany do legitymizacji samego siebie. Wtedy przychodzą faryzeusze i poplecznicy Heroda i zadają Jezusowi podstępne pytanie: „Jak myślisz? Czy słusznie jest oddawać daninę Cezarowi, czy nie?” (Mt 22,20) Teraz kolej na saduceuszy – chcą wiedzieć, co Jezus sądzi o wskrzeszaniu zmarłych. W końcu ktoś zapytał Go na oczach wszystkich ludzi, co uważa za największe przykazanie prawa. Te ataki, które reprezentują wybuch wrogości, są najlepszym dowodem na to, jak silnie odczuwany jest majestat Chrystusa. Tak jak psy szczekają i gryzą, gdy są przestraszone, tak te pozorne pytania, które w rzeczywistości są wyrzutami nienawiści, rodzą się ze strachu. Moce ciemności drżą, gdy wschodzi Słońce.

          Jezus odpowiada na każde z czterech pytań. Nie zadowala go jednak odpieranie ciosów, które są w niego rzucane; podejmuje walkę i walczy bronią ducha. Rozwija potężne obrazy. Jak przemawiał do ludzi w cudownie poetyckich przypowieściach w ciągu ostatnich trzech lat, jak przemawiał do swoich uczniów w głęboko tajemniczych przypowieściach, tak teraz przemawia do swoich przeciwników w przypowieściach o bitwie. Opowiada przypowieść o rolnikach, którym powierzono winnicę, a którzy odmówili wydania jej owoców i zabijają posłańców właściciela winnicy, a w końcu nawet jego syna. Przeciwnicy odczuwają argumentacyjną moc przypowieści. 

          Czujesz, że on sam ma na myśli ciebie. W rzeczywistości Jezus w przypowieści zapowiada swoim wrogom, że Go zabiją. Nie robi tego po to, aby potem mieć rację. Jego przypowieść o bitwie to ostatnia walka o dusze przeciwników. Może jednak się przebudzą.

          Chrystus rzuca swoim wrogom inną przypowieść: przypowieść o królewskiej uczcie weselnej. Nie da się wystarczająco głęboko docenić michaelicznej wielkości tej przypowieści o bitwie. Mówi o tych, którzy rzeczywiście zostali wezwani na ucztę weselną. Wszyscy zawodzą. A potem zaproszenie zostaje skierowane do obcych, do tych, którzy nie wydają się być przeznaczeni. Ponieważ wyznaczeni poszukiwacze Boga okazali się hipokrytami, Bóg w końcu przywołuje ludzi, którzy pozornie nie szukają Boskości. To jest wprost skierowane przeciwko ludziom Kościoła uprzywilejowanym przez starą tradycję. Kiedy opisany jest obraz i los tych, którzy nie noszą szaty weselnej, przed całą ludzkością ukazuje się surowe upomnienie. Ale nawet jeśli ostatecznie jest ona skierowana do wszystkich, przypowieść o królewskiej uczcie weselnej jest jednak najpotężniejszym ciosem miecza, jaki można zadać w dniu Marsa Wielkiego Tygodnia.

          Chrystus idzie dalej. Teraz sam zadaje pytanie tym, którzy skierowali do Niego zaczepne pytania: „Czyim synem jest Mesjasz?” Pytani odpowiadają: „On jest Synem Dawida”. Chrystus musi pokazać im przez słynne słowa Psalmu 110, że David nazywa Zbawiciela swoim Panem. Pyta: „Jeśli, zaiste, Dawid nazywa Go Panem, to jakże On jest Jego Synem?” (Mt 22, 45) Chrystus obnaża bezduszność otaczających Go ludzi i bezduszność ich mesjańskiej pobożności. Ludzie patrzą tylko na to, co ziemskie. Początkiem zrozumienia boskości jest dostrzeżenie, że Mesjasz jest synem Boga, a nie synem ludzkim. Pokazuje ludziom to, co powinni w Nim rozpoznać w tej chwili, ale oni tego nie rozpoznają.

          I tak dochodzi do czwartego kontrataku, który Chrystus prowadzi bronią ducha: dziewięciokrotne biada nad faryzeuszami, którego kulminacją jest lament nad Jerozolimą jako światem skazanym na zagładę. Na początku swojej działalności, w zaufanym gronie uczniów Jezus rozświetlił – poprzez dziewięć Błogosławieństw Kazania na Górze – świetlisty ideał człowieka duchowego. Teraz, na końcu swojej ziemskiej drogi, kładzie dziewięć cieni na dziewięć świateł. Biada jest wojowniczym zdemaskowaniem wrogiej Bogu ludzkości, podobnie jak Błogosławieństwa były zdemaskowaniem dziewięciokrotnego związku Boga z człowiekiem (Mt 5, 1-10). Okrzyk lamentu nad Jerozolimą odwraca słowa Kazania na Górze od „Miasta na górze” tak, że teraz po raz pierwszy prześwituje obraz Jerozolimy niebiańskiej.

          W istocie, w ramach „cichego tygodnia” wszystko to jest dalekie od cichej polemiki. Po obu stronach dochodzi do wymiany ciężkich i pełnych strachu ciosów. Marsjańska moc Słowa wybucha z ust Tego, który kilka dni później bez żalu poniesie krzyż na Górę Golgoty. Gdy dzień dobiegał końca, a Jezus wraz z uczniami opuścił miasto, jak to czynił każdego wieczoru, i wszedł na wzgórze Getsemani, za dolinę Kidronu, przez ogrody, które były miejscem wielu poufnych nauk, nie skierował swoich kroków dalej, w stronę Betfage i Betanii. Na szczycie Góry Oliwnej, gdzie otacza ich cudowny gaj pokoju, pozwala uczniom rozbić obóz. Jeszcze drżąc po walce stoczonej w ciągu dnia, zaczyna po raz ostatni przemawiać do uczniów na otwartej przestrzeni. A słowa jego pouczenia są z pewnością nie mniej potężne niż słowa duchowej walki z przeciwnikami. Odważne czyny duszy dokonane w ciągu dnia wywołują echo bogów. Chrystus może dawać uczniom objawienia jak nigdy dotąd. To, co daje im tego wieczoru – mamy zwyczaj nazywać to „Apokalipsą na Górze Oliwnej” – to uchwycenie wielkiej przyszłości losów ludzkości. Kurtyna zasłaniająca przyszłość jest zerwana. Otwierają się wielkie perspektywy apokaliptyczne.

          W życiu zawsze tak jest. Gdy dzień przynosi prawdziwe czyny, wieczór i noc wywołują niebiańskie echo tych czynów. Jeśli działania w ciągu dnia wyważyły drzwi świata duchowego, to gdy zapadnie wieczór i noc, mogą się otworzyć bramy innego świata. A im dalej wnika się w ten inny świat, tym więcej prawdziwej wewnętrznej siły wkłada się w codzienną pracę. Teraźniejszość stopniowo staje się jasna. Uczniowie i Chrystus spędzają dzień na kontemplacji świątyni. Staje się jasne: to wszystko jest skazane na zagładę. Zniszczenie Jerozolimy i świątyni jest duchową koniecznością. Gdyby nie zrobili tego 40 lat później Rzymianie, to musiałoby to zostać zrealizowane w inny sposób. Przez wznoszącą się wizję upadku świątyni prześwituje wizja wielkiej katastrofy kosmicznej. Kończy się stary świat. Chrystus maluje przed duszami uczniów barwy końca świata. A kiedy w ciągu dnia zapowiadany jest podział duchów na tych, którzy są wrogo nastawieni do Chrystusa, i na małą grupę, która stara się być Jego uczniami – to również staje się jasne: cały bieg historii świata nie będzie niczym innym, jak tylko wielkim rozdzieleniem duchów. Jedni dążą do tego, co boskie, drudzy działają przeciwko temu. I bez względu na to, jak imponujące będą osiągnięcia tych ostatnich na Ziemi, wszystko to będzie wytworem ukrytego strachu. I co po cichu zakiełkuje w tej być może małej trzódce, która zjednoczy się z Bogiem, która będzie nosić w sobie przyszłość świata.

          Jezus kontynuuje wieczorną apokalipsę przed swoimi uczniami. W ten sam sposób, w jaki posłał bojowe przypowieści w stronę swoich wrogów, teraz daje uczniom najbardziej intymne przypowieści, jakie mógł im dać: dwie przypowieści o swoim powtórnym przyjściu. Już w Apokalipsie mówił o tym, jak Syn Człowieczy pojawi się na obłokach nieba na koniec świata. Następnie wskazał na przyszłość, kiedy pośród huku zagłady świata, na drogę powinno wejść nowe objawienie Chrystusa. Teraz, w dwóch przypowieściach o dziesięciu pannach (Mt 25,1-13) i o powierzonych talentach (Mt 25,14), Jezus pokazuje uczniom, co ludzie muszą zrobić, aby przygotować się na Jego przyjście. Pewnego dnia przyjdzie Oblubieniec duszy. Pewnego dnia wróci Pan, by zażądać od sług rachunku. W świątyni krzyki „biada wam” brzmiały jak przestroga. Teraz dzień prowadzi do wzniosłego Kazania na Górze. W tym ostatnim, najbardziej intymnym pouczeniu Chrystus wyposaża uczniów w siłę odwagi na tysiąclecia. Przypowieści o powtórnym przyjściu, a zwłaszcza końcowa wizja rozdzielenia duchów na owce i kozły, w którą wpisuje się cała Apokalipsa na Górze Oliwnej, są pokarmem dla uczniów na wiele kolejnych wcieleń. Światło Apokalipsy, które oświetla zapadającą noc, to dar Słońca odebrany Marsowi.

* * *

Słowa Chrystusa z Wielkiego Wtorku są wspaniałym przewodnikiem w każdej walce światła z ciemnością, w każdej walce ucznia Chrystusa z antagonistą Chrystusa.  Słowa Goethego, że cała historia świata, która nie była niczym innym jak nieustanną walką między ufnością a niewiarą, są już bardzo bliskie wglądu w Wielki Wtorek i wszystkie jego szczegóły. Wszelka wrogość i nienawiść wobec Chrystusa i ducha ma swoje korzenie w niewierze, w niemocy i strachu, które tkwią głęboko w ludzkiej duszy. Bycie uczniem Chrystusa okazuje się przez wiarę prawdziwą wewnętrzną odwagą. Jednak kampania, której strategię można wyczytać z treści Wielkiego Wtorku, to nie jest przede wszystkim taka, którą jedna grupa ludzi musi poprowadzić przeciwko drugiej. Trzeba się tym zająć wewnętrznie. W każdej ludzkiej duszy mieszają się strach i odwaga, niechęć do Chrystusa i zaufanie do Niego.

          Przypowieści o walce skierowane do przeciwników wszędzie ukazują strach jako źródło duchowej wrogości. Samolubstwo winiarzy, niechętnych do oddania winogron, jest, jak każdy egoizm, produktem wewnętrznej słabości i strachu. Pierwszy zalążek odwagi rodzi się w człowieku dopiero wtedy, gdy nauczy się on porzucać wszystko i gdy przeniknie go poczucie, że wszystko, co posiada i może posiadać, jest własnością Boga.

          Okrzyki rozpaczy „Biada wam!”są zdemaskowaniem niewiary. Od razu potwierdzają, że maska jest zerwana nie tylko przez zaprzeczenie ducha, ale także przez każdą straż, każde zarządzanie ludzką duszą. „Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, bo zamykacie królestwo niebieskie przed ludźmi, bo sami nie wchodzicie, ani nie pozwalacie wejść tym, którzy wchodzą” (Mt 23,13). Wielka odwaga polega na pracy nad własną duszą. „Najtrudniejszą wojną jest walka z samym sobą; najwspanialszym zwycięstwem jest pokonanie samego siebie”. W bitwie, która szaleje w naszej własnej duszy, wyrywamy z potęgi Marsa jego najdojrzalsze moce. Za obrazem szat weselnych z wojowniczej przypowieści o królewskim weselu, prześwituje ideał medytacyjnej wewnętrznej transformacji. Szatą weselną jest dusza ludzka oczyszczona przez modlitwy. Także apostolskie przypowieści o dziesięciu pannach i o powierzonych talentach są uzbrojeniem do wytrwałej pracy wewnętrznej. Oliwa do lamp jest symbolem siły zdobytej przez duszę. Powierzone talenty są organami duchowymi wszczepionymi w człowieka w celu ciągłego rozwoju.

          Odpowiedź, jakiej Jezus udziela na pytanie o „podatki”, pokazuje, jak prawdziwa odwaga objawia się poprzez wewnętrzną pracowitość. Ten, kto w zdrowy sposób dąży do rozwoju ducha, nie wyobcowuje się z Ziemi i udaje mu się zachować równowagę między troskami ziemskimi a ideałami duchowymi, i właśnie dzięki temu zyskuje panowanie nad wszystkim, co ziemskie. Nawet w tych dniach, gdy na tronie zasiadała dzika bestia, On mógł powiedzieć: „Oddajcie Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga”.

          W spektakularnym obrazie końcowym, jakim jest rozdzielenie duchów, ujawnia się wreszcie tajemnica wewnętrznego człowieczeństwa: „Ponieważ uczyniliście to jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście to uczynili” (Mt 25,40). To, czy człowiek wybrał właściwą drogę dla swojej duszy i dla swojego ducha, można poznać po tym, czy potrafi kochać. Miłość jest przeciwieństwem strachu. Każde prawdziwe duchowe dążenie zaczyna się od wewnętrznej odwagi i wzrasta do miłości. Prawdziwa miłość do człowieka jest tożsama z miłością do samego Chrystusa. Choć w zapadłej nocy, marsjańskie siły dnia zostaną ostatecznie pokonane przez Słońce Chrystusa dopiero wtedy, kiedy wszystkie duchowo bojowe słowa znajdują wreszcie swój punkt kulminacyjny w słowie miłości.

close

NEWSLETTER

ZAPISZ SIĘ I OTRZYMUJ COTYGODNIOWY NEWSLETTER O NOWOŚCIACH NA STRONIE ANTROPOZOFIA.NET

Nie spamujemy! Przeczytaj naszą politykę prywatności.

Możesz również polubić…

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x